Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Konflikt w firmie Blikle

Artykuł ukazał się na portalu metrocafe.pl 20 listopada 2015 r. Rozmawiał Michał Stangret

Ten spór zasługuje na miano kłótni roku. Po jednej stronie barykady — władze firmy Blikle, powołane przez większościowego udziałowca (fundusz Vertigo). Po drugiej — prof. Andrzej Blikle, nestor cukierniczego rodu, wieloletni prezes, dziś już tylko członek rady nadzorczej firmy. Próbujemy pogodzić zwaśnione strony. Idzie przecież Gwiazdka, a to jak wiadomo czas, gdy cuda się zdarzają.

Poróżniła ich wizja rozwoju kultowej sieci cukierni, a rozmiar nabrzmiałego konfliktu ujawnił pod koniec października szczery do bólu wpis prof. Andrzeja Blikle na Facebooku. "Czuję się w obowiązku poinformować państwa, że od grudnia 2010 roku nie zarządzam już moją rodzinną firmą, a od grudnia 2012 roku rodzina Blikle nie ma żadnego wpływu na dokonujące się w firmie przekształcenia. Wszelkie zmiany, jakie dokonały się w firmie od zimy 2012 do chwili obecnej, są dziełem trzech kolejnych zarządów naszej firmy" - napisał profesor.

I wprawił tym w osłupienie wielu fanów kultowej marki. "Kurczę, przykre to. Chodziłam do cukierni, bo rękę dałabym sobie uciąć, że to firma rodzinna", "Profesorze - smutny ten post bardzo...".

Zaczęły się spekulacje, czy Blikle (rodzina posiada 40 proc. udziałów) może podzielić los Zielonej Budki, której właściciel — Zbigniew Grycan — szukając wsparcia finansowego wpuścił do firmy inwestora (fundusz Enterprise Investors), po czym, nie zgadzając się z nową strategią firmy, założył kolejną — lodziarnie Grycan. (nawiasem mówiąc odniósł sukces na rynku).

W firmie Blikle inwestor finansowy — fundusz Vertigo — pojawił się w 2012 roku. Też miał być lekarstwem na pogarszającą się sytuację finansową — dekadę temu firma notowała po 1 mln zł zysku, a 2011 r. był kolejnym pod kreską (ten ostatni, 2014, zamknięto już stratą ok. 2,5 mln zł).

Zmiany, które wprowadzają kolejne mianowane przez Fundusz władze, nie dają spokoju coraz bardziej marginalizowanemu w firmie profesorowi. Coraz bardziej sprawia wrażenie, że wstydzi się swojej firmy. I coraz dobitniej to manifestuje. Ci, którzy w ostatnich dniach mailują do niego w sprawach służbowych (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.) z osłupieniem czytają automatyczną odpowiedź: "Uprzejmie informuję, że z dniem 11 listopada 2015 roku zmieniłem mój adres internetowy na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. Bardzo proszę o wysyłanie wszelkiej poczty do mnie jedynie na ten adres. Poczta wysyłana na dawny adres może do mnie nie docierać".

- Moim światem jest dziś to o czym piszę na mojej witrynie, stąd więc zmiana adresu mojego służbowego maila — tak profesor wyjaśnił nam ten krok.

Władze firmy oficjalnie nie chcą komentować zachowań profesora, ale — jak nieoficjalnie słyszymy — obserwują te poczynania z coraz większym zakłopotaniem. W tym wszystkim, syn profesora — Łukasz Blikle przewodniczący rady nadzorczej firmy sprawia wrażenie, jakby był między młotem a kowadłem .

Czym może zakończyć się ta nakręcająca się spirala niechęci?

Z jednej strony żal patrzeć jak kultowa polska marka grzęźnie w wewnętrznym sporze. Z drugiej — ciężko wyobrazić sobie firmę Blikle bez nestora cukierniczego rodu na pokładzie. Postanowiliśmy ruszyć z "pogotowiem koncyliacyjnym". Zbliża się Boże Narodzeniem, a to przecież czas, gdy cuda się zdarzają. Czemu więc nie spróbować się pogodzić... dla dobra kultowych pączków i ich, coraz bardziej skonfundowanych konsumentów?

DZWONIMY DO prof. Andrzeja Blikle: jest szansa na pojednanie?"

Michał Stangret: Mamy dysonans: z jednej strony Pan jest ikoną firmy Blikle, a z drugiej strony Pan się od niej coraz bardziej odcina. Rozważał Pan wycofanie się z udziałów?

Prof. Andrzej Blikle: - Nie, raczej nie.

A ze sprawowania funkcji członka rady nadzorczej?

Nie mogę za dużo ujawniać w tej chwili. Proszę mi wybaczyć. Sytuacja jest rzeczywiście bardzo trudna. I muszę zachowywać dyskrecję w takich ważnych sprawach w tej chwili.

W toku jest jakiś proces?

W tej chwili się na żaden proces nie zanosi, nie ma takiej sytuacji. Po prostu mamy ze sobą trudne stosunki.

Starałem się wytłumaczyć panu dyrektorowi Wólczyńskiemu [red. obecnie szefuje firmie Blikle; od września nie ma prezesa, po tym jak Renata Maroszek w niejasnych okolicznościach złożyła dymisję], że ja sobie firmy Blikle bez Pana Blikle nie wyobrażam. Pan Wólczyński powiedział mi, że będzie Wigilia firmowa. A Wigilia to jest taki czas, kiedy cuda się zdarzają i jest pomysł byście się pogodzili. Co Pan na to, by podczas takiej Wigilii wyszedł Pan do pracowników i powiedział: kochani jest trudno ale jesteśmy razem, już się nie odcinam od firmy?

Nie wykluczam tego. Ale nic w tej chwili nie wskazuje na to, żebym ja mógł powiedzieć z podniesionym czołem pracownikom: słuchajcie wracamy, będziemy razem pracować, podniesiemy tą firmę. Powrócić z moim programem naprawy — tak. Ale ten program do tej pory nie był akceptowany. Zgłaszałem go już wielokrotnie w ciągu ostatnich trzech lat. I to w postaci dość dogłębnych spisanych analiz i propozycji. To nie były słowa, to były dokumenty. Gdyby taki program miał być przyjęty, mógłbym wrócić i się włączyć, ale na razie nic na to nie wskazuje.

Jak taki program miałby wyglądać?

Mówiąc najogólniej jest to program powrotu do tego wizerunku firmy jaki był do końca 2012 roku.

Czyli konkretnie do czego?

Wie Pan jak w tej chwili wyglądają cukiernie? Wyglądają jak... taka raczej średnia półka. Logo zostało przerobione na czarne nie wiem po co. Zostały naruszone standardy wizerunkowe, także te po stronie jakości produktów, rodzaju produktów. Ale na powrót do moich koncepcji w tej chwili nie ma zgody.

Wróci Pan tylko pod tym warunkiem?

A mam firmować coś czego nie akceptuję? Nie chcę.

Ale Pan cały czas to firmuje.

Firmuję w tym sensie, że nazywam się tak samo jak firma, że jestem udziałowcem i że jestem w radzie nadzorczej. Ale nie tak, żebym mówił, że ja to akceptuję.

Rozumiem, że takie „firmowanie” jak ma obecnie miejsce Panu nie przeszkadza?

Przeszkadza mi, tylko co mam zrobić?

Nie wiem jakie ma Pan opcje?

No właśnie nie za bardzo mam opcje. Nie przestanę się inaczej nazywać. Nazwiska nie zmienię. Moich udziałów też nie mogę sprzedać. Ludzie kojarzą mnie z firmą. Ale właśnie dlatego ogłosiłem, że nie czuję się za to odpowiedzialny.

Dlaczego nie może Pan sprzedać udziałów?

Ojcu obiecałem, że nie sprzedam.

Może więc warto spróbować jakoś odzyskać większościowe udziały? Być może to jest strategia: tak zniechęcić fundusz posiadający większość, żeby zdecydował się odsprzedać Panu te udziały?

To nie jest moja strategia, ale może fundusz sam się zniechęci. Tego nie wiem.

Wybrane wywiady