Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Moje zdjęcia do pobrania

Ocena użytkowników: 2 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Te zdjęcia można pobierać do wykorzystania w przeprowadzonych ze mną wywiadach, w materiałach konferencyjnych, zapowiedziach wykładów itp.

 

 

         

  

 

Niżej umieszczone zdjęcia czarno-białe są autorstwa pani Weroniki Łucjan-Grabowskiej. Mogą być publikowane jedynie ze wskazaniem ich autorki.

Każde z tych zdjęć mogę dostarczyć również w większej rozdzielczości ca. 10 MB.

   

 

Oświadczenie w sprawie cukierniczej firmy A.Blikle

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Szanowni Państwo,
Przyjaciele, klienci, kontrahenci i pracownicy firmy A.Blikle sp. z o.o.
W zawiązku z kierowaną do mnie korespondencją i głosami w sprawach firmowych czuję się w obowiązku  poinformować Państwa, że od grudnia 2010 roku nie zarządzam już moją rodzinną firmą, a od grudnia 2012 roku rodzina Blikle nie ma żadnego wpływu na dokonujące się w firmie przekształcenia. Wszelkie zmiany jakie dokonały się w firmie od zimy 2012 do chwili obecnej są dziełem trzech kolejnych zarządów naszej firmy.

CV szkoleniowo-doradcze; mini 938 znaków

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Andrzej Blikle (prof.) Pracownik Instytutu Podstaw Informatyki PAN, czł. Europejskiej Akademii Nauk, czł. honorowy i były prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego. W latach 1990-2010 prezes A. Blikle Sp. z o.o. Honorowy prezes stow. Inicjatywa Firm Rodzinnych i C. im. Adama Smitha. „Człowiek Jakości Roku 2010”. Jego „Doktryna jakości” uzyskała nagrodę Najlepszy poradnik ekonomiczny w konkursie Economicus 2015 oraz nagrodę Kol. Nauk o Przedsiębiorstwie SGH Za najlepszą pracę z zakresu nauk o przedsiębiorstwie w latach 2014-15.

We wrześniu roku 2009 zajął drugie miejsce (po Janie Krzysztofie Bieleckim) wśród liderów firm w rankingu „Kogo słucha biznes”. Ranking przeprowadził magazyn Thinktank wspólnie z Instytutem Monitorowania Mediów i Google. W roku 2011 otrzymał tytuł „Człowiek Jakości Roku 2010” przyznany przez Kongres polskich Menedżerów Jakości ISO POLAND 2011.

Od roku 1997 prowadzi własne konwersatorium na temat TQM, a także wykłada na uczelniach wyższych i w innych instytucjach naukowych i dydaktycznych.

Moje wspomnienia z liceum imienia Tadeusza Reytana

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Do Liceum im. Tadeusza Reytana (wejście główne na zdjęciu obok) trafiłem prosto ze szkoły podstawowej w roku 1951. Nie była to jednak droga prosta, bo w okresie najbardziej ponurego stalinizmu jako dziecko „prywatnej inicjatywy” nie byłem mile widzianym kandydatem na ucznia w liceum. Zdaniem ówczesnych władz oświatowych dzieci „prywaciarzy” powinny były iść do zawodówek, aby w ten sposób wyrównywać dziejowe niesprawiedliwości. Jednak mojemu ojcu przez jakieś znajomości — zwane wtedy kumoterstwem i określane jako ostatnie ludzkie uczucie na drodze do socjalizmu — udało się umieścić mnie w Reytanie. Z pewnym więc poślizgiem, mniej więcej w połowie września wszedłem w mury szkoły przy ul. Rakowieckiej, gdzie miałem spędzić cztery lata.

Już wtedy Reytan był uznawany za jedne z lepszych warszawskich liceów. Był też liceum męskim, co powodowało, że w większości byliśmy bardzo nieśmiali wobec rówieśniczek, ale też i znacznie bardziej dżentelmeńscy, niż w szkołach koedukacyjnych, gdzie (podobno) zdarzało się że młodzi dżentelmeni ciągali młode damy za warkocze.

Aby wynagrodzić nam brak dziewczyn na co dzień, szkoła kilka razy w roku urządzała potańcówki. Nie można na nie było przyprowadzać swojej „sympatii” — tak to się wtedy nazywało — ale za to szkoła zapraszała jedno z zaprzyjaźnionych żeńskich liceów w całości. Gościliśmy więc Słowackiego, Hofmanową i Królową Jadwigę, a te licea z kolei zapraszały nas. Najchętniej tańczono wówczas muzykę naszych rodziców z lat 1930-tych, a więc foxtroty, slowfoxy, tanga, walce wiedeńskie i angielskie (bostony). Pojęcie „muzyki młodzieżowej” wtedy nie istniało. Muzyka taneczna była jedynie dla dorosłych, których nie dzielono na dorosłych młodych i dorosłych starszych. Tańczyliśmy też wcale chętnie polki, oberki i kujawiaki. Oczywiście te wszystkie tańce trzeba było umieć tańczyć, więc szkoła organizowała dla nas kursy pod okiem profesjonalnego baletmistrza pana (chyba) Sadurskiego. Dziewczyn na te kursy nie zapraszano, więc ćwiczyliśmy „na sucho” unosząc ręce przed sobą, jakbyśmy trzymali niewidzialną partnerkę. Ktoś mógłby zapytać dlaczego chłopcy nie mogli tańczyć z chłopcami? Otóż dlatego — droga dzisiejsza młodzieży — że kobieta trzyma ręce inaczej niż mężczyzna. Mężczyzna obejmuje partnerkę prawą ręką i podaje jej lewą rękę, a kobieta kładzie lewą ręką na ramieniu mężczyzny i podaje mu prawą rękę. Mężczyzna też „prowadzi” partnerkę, to znaczy wybiera kierunek przemieszczania się i obrotów, a kobieta daje się prowadzić.

Pomiędzy potańcówkami odbywała się, rzecz jasna, nauka. A profesorów mieliśmy w większości bardzo dobrych. Moim ulubionym, zresztą powszechnie lubianym i szanowanym przez wszystkich, był matematyk Jan Kozicki. Uczył mnie dopiero w klasie maturalnej, ale to dzięki niemu zostałem matematykiem. Spod jego ręki wyszło zresztą z Reytana kilku innych profesorów matematyki. Kozicki był też autorem „Zbioru zadań algebraicznych dla klas X i XI”. Przed jego wydaniem poprosił naszą klasę o sprawdzenie, czy w zadaniach nie ma błędów. Podzieliliśmy się tymi zadaniami i sprawdzili wszystkie. Wielka to była satysfakcja znaleźć błąd w książce Kozika. A kilka rzeczywiście się znalazło! Na zdjęciu obok ja, po środku, a z prawej Wojtek Bancerz.

Jan Kozicki był pewnie jednym z najwybitniejszych polskich nauczycieli matematyki XX wieku. Absolwent studiów matematycznych i filozoficznych na Sorbonie w Paryżu, później jeden z założycieli polskich Olimpiad Matematycznych, które dały początek wszystkim innym szkolnym olimpiadom tematycznym. W 11 olimpiadach miał 18 laureatów, a w tym kilku moich profesorów, oraz ministra obrony narodowej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego — Janusza Onyszkiewicza. W uznaniu swoich zasług został pierwszym honorowym członkiem Polskiego Towarzystwa Matematycznego, a także laureatem wielu nagród Państwowych. W czasie II wolny światowej uczył matematyki na tajnych kursach, a po powstaniu warszawskim był więziony przez Nazistów w Grossrozen i Buchenwaldzie. Doczekał się wpisu w Wikipedii.

Inną osobą, którą dobrze zapamiętałem, była nauczycielka niemieckiego — pani Selma Bukowska (na zdjęciu obok). Miała ona dość szczególny sposób odpytywania uczniów. Pytała w kolejności alfabetycznej od A do Z, po trzech na każdej lekcji, więc każdy dokładnie wiedział, kiedy będzie pytany. Wiedział też z czego, bo pytanie polegało na opowiadaniu czytanek z podręcznika, a było się pytanym od aktualnej czytanki z dnia ostatniego pytania, aż do aktualnej czytanki w dniu pytania. Moi rodzice zaangażowali dla mnie korepetytorkę języka niemieckiego, którą była Niemka z pochodzenia Rita Tertel. Pisała mi streszczenia czytanek, których później uczyłem się na pamięć. Dzięki temu przyswoiłem sobie doskonałą metodę nauki języków obcych przez pamięciowe opanowywanie poprawnie napisanych tekstów. Tą metodą uczyłem się później angielskiego, francuskiego i włoskiego, a z Ritą pozostaliśmy w przyjaźni przez wiele lat.

W tamtych stalinowskich czasach nawet czytanki z języka niemieckiego musiały mieć ideologiczny wydźwięk. Jednym z bohaterów czytanek był Genosse Bauer Gruda (towarzysz rolnik Gruda), rzecz jasna przodujący traktorzysta w rolnej spółdzielni produkcyjnej. Z niewiadomych powodów w niemieckich czytankach wszystkie nazwiska były polskie. Do dziś pamiętam jedno zdanie z podręcznika o tym, jak towarzysz Gruda reperując traktor odkrył, że przerwany był przewód elektryczny: "Genosse Gruda hat festgestellt, daß die Leitung brüchig war".

Wychowawczynią naszej klasy była przemiła pani Jadwiga Chowańczak, żona przedwojennego właściciela bardzo znanego w Warszawie składu futer przywożonych m.in. z Syberii. Uczyła nas języka rosyjskiego, który znała znakomicie, bo jeszcze przed rewolucją kończyła szkoły w Petersburgu. Kochaliśmy ją wszyscy. Aby po maturze ofiarować jej coś od nas na pamiątkę, przygotowaliśmy album ze specjalnie w tym celu wykonanymi zdjęciami. W tamtym czasie razem z moim przyjacielem Witkiem Łękawskim zajmowaliśmy się fotografią, od wykonywania zdjęć, po wywoływanie negatywów i robienie odbitek. I to my zrobiliśmy cały reportaż. Na zdjęciu obok Witek Łękawski (drugi od lewej) i ja (trzeci).

Kilka lat temu zadzwoniła do mnie siostrzenica naszej wychowawczyni, która po jej śmierci znalazła na strychu ten właśnie album. Powrócił więc do mnie po latach. Zamieszczone w niniejszym wspomnieniu zdjęcia pochodzą z tego albumu.

Bardzo sympatycznym nauczycielem był też pan Boboli (imienia niestety nie pamiętam), który uczył nas fizyki. Sam był wtedy studentem Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Warszawskim, więc w sumie niewiele starszym od nas.

Mieliśmy też nauczyciela geografii, którego nazywaliśmy Zorro, bo był zabójczym brunetem i nosił czarny wąsik, dokładnie taki jak jego imiennik, wówczas znana postać z filmów płaszcza i szpady.

Zapamiętałem też nauczyciela przysposobienia wojskowego pana Saara. Chodziliśmy z nim na Pole Mokotowskie, gdzie ćwiczyliśmy musztrę i strzelanie do tarcz z czechosłowackich wiatrówek. Jak na tamte lata była to bardzo dobra broń sportowa wyposażona w magazynek mieszczący dziesięć śrutowych kulek. Śrut do wiatrówek był wtedy (jak zresztą wszystko) trudny do zdobycia, a ja miałem jego spory zapas. Wymieniłem więc z panem Saarem opakowanie 1000 szt. śrutu na jeden magazynek.

W okresach jesiennym i wiosennym jeździłem do szkoły, jak wielu innych kolegów, na rowerze. Rowery zostawialiśmy pod opieką pana woźnego. Natomiast w pozostałych okresach jeździło się przepełnionymi tramwajami, czasami więc na tzw. „cycku”, którym był wystający z tyłu łącznik pozwalający podczepić kolejny tramwaj. Na zdjęciu kwiat klasy maturalnej na cycku.

Pewnego roku szkoła postanowiła nas umuzykalnić. To była chyba inicjatywa komitetu rodzicielskiego, w którym zresztą bardzo aktywną rolę odgrywała moja mama. Umuzykalnianie odbywało się w ten sposób, że zaproszona artystka grała na szkolnym pianinie utwory Chopina i Moniuszki (tyle zapamiętałem), a my słuchaliśmy tego w kompletnej rezygnacji. Recitale cieszyły się taką popularnością, że na czas ich trwania pan woźny zamykał wyjście ze szkoły na wielką kratę, żeby nikt nie uciekł. Zapobiegliwi urywali się więc już z poprzedniej lekcji, co zresztą pozwalało im zdążyć na poranek do kina Moskwa, które znajdowało się u wylotu ul. Rakowieckiej na ul. Puławską (dziś jest tam multikino).

W tym kinie widziałem w czasach szkolnych francuski film „Fanfan Tulipe” z Gérard Philipe i Giną Lollobrigidą w rolach głównych. Był to jeden z pierwszych filmów francuskich wyświetlanych w PRL. Wywoływał wielką sensację, bo była w nim niezwykle odważna — jak na tamte czasy — scena erotyczna. Główny bohater leżał pod stogiem siana z dziewczyną, która  miała spódnicę podciągniętą do pół uda. Erotyka tej sceny mieściła się głównie w tym, że było jasne, w jakim celu oni tam leżeli. Film był więc dozwolony od lat osiemnastu. Moi rodzice uznali jednak, że mogę go zobaczyć mając dopiero 15 lat. Ubrany zostałem w długie palto, na nos założyłem okulary taty i tak przebrany zostałem przemycony przez rodziców do kina. Kilka lat temu zobaczyłem nową ekranizację tego filmu z Penelopą Cruze. Co za upadek sztuki filmowej! Nie polecam, a już szczególnie tym, którzy widzieli oryginał.

Innym francuskim filmem, który widziałem w Moskwie, był „Skandal w Clochemerl”. Tematem filmu była opowieść o uroczystym otwarciu na miejskim ryneczku w Clochemerl męskiego pisuaru. Było to nieistniejące dziś urządzenie pozwalające panom załatwiać „małą potrzebę” będąc zasłoniętym jedynie od kolan do szyi. W tamtych czasach dość popularne. W warszawie był taki pisuar na Pl. Trzech Krzyży na obrzeżu dzisiejszego parkingu.

W czasie stanu wojennego kino Moskwa zapisało się słynnym zdjęciem (patrz obok) potajemnie wykonanym i przesłanym zagranicę przez Chrisa Niedenthala. Szczególną wartością zdjęcia była nazwa filmu tak dobrze oddająca nastrój stanu wojennego.

Warto też wspomnieć, jak zaczynał się dzień w szkole. Otóż wszystkie klasy zbierały się na jednym z korytarzy w celu odbycia apelu. Głównym programem było śpiewanie „pieśni rewolucyjnych”, takich jak np.

Wyklęty, powstań ludu ziemi,
Powstańcie, których dręczy głód,
Myśl nowa blaski promiennymi
Powiedzie nas na bój, na trud.
Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata,
Przed ciosem niechaj tyran drży!
Ruszymy z posad bryłę świata,
Dziś niczym, jutro wszystkim my

albo też

Naprzód, młodzieży świata,
nas braterski połączył dziś marsz.
Groźne przeminą lata
hej, kto młody,
pójdź z nami i walcz!
Na lądzie i na wodzie,
na wschodzie, na zachodzie,
w marszu po szczęście, pokój i radość
zgodnie nasz dźwięczy krok.
Nie zna granic ni kordonów pieśni zew,
pieśni zew, pieśni zew.
Więc śpiewamy, nie zamilknie wolny śpiew,
wolny śpiew, wolny śpiew!
Przez cały świat słowa pieśni tej niech niesie wiatr!
Nie zamilknie, nie ucichnie wolny śpiew,
wolny śpiew, wolny śpiew!

Trzeba przypomnieć, że były to czasy stalinowskie, gdy propaganda komunistyczna była w największym nasileniu. Jak poważnie była ona traktowana może świadczyć przypadek mojego kolegi, który przyniósł do szkoły kapsel od butelki po CocaColi. Cała szkoła się zbiegła, aby zobaczyć ten najprawdziwszy z prawdziwych eksponatów amerykańskiego imperializmu, a kolega został wyrzucone ze szkoły z wilczym biletem. Takie to były czasy. Dla odreagowania w czasie przerw nierzadko zdarzały się prawdziwe bitwy. Po jednej z nich przyniosłem taki oto wpis w dzienniczku: „Gdy wszedłem do klasy Państwa syn siedział na Otto i potrząsał jego głową po podłodze”. Na załączonym zdjęciu kolega Otto — pierwszy od prawej.

Pewnego roku otwarto w Warszawie na Pl. Dzierżyńskiego (dziś Bankowy) wystawę „Oto Ameryka”. Pokazywano sprzęt szpiegowski znaleziony przy „wrogich agentach” oraz eksponaty ilustrujące „kulturę amerykańską”, np. miniaturkę sedesu który służył jako popielniczka, a sterczący nad nim pojemnik na wodę zawierał papierosy. Gdy pociągało się za łańcuszek do spuszczania wody, wyskakiwał papieros. W salach wystawowych grano amerykański jazz, co miało do końca obrzydzić nam i ośmieszyć „dekadencką kulturę amerykańskich imperialistów”. Skutek był taki, że przed wejściem stała stumetrowa kolejka, która po wejściu do budynku przesuwała się od jednego eksponatu do drugiego. O swobodnym zwiedzaniu nie było mowy, nie ze względu na zakaz, ale z powodu niebywałego ścisku. Wiele osób po przejściu wystawy ustawiało się od nowa na końcu kolejki.

Dziś można znaleźć w Internecie dawną Kronikę Filmową poświęconą tej wystawie. Czyta znany aktor Andrzej Łapicki ówczesny lektor Kroniki, a później działacz opozycji demokratycznej. Inny eksponat, to fiolka z trucizną, w którą miano zaopatrywać amerykańskich szpiegów.

W 1953 roku zmarł Józef Stalin. Z tej okazji w całym kraju i oczywiście również w naszej szkole, odbyły się akademie żałobne. Staliśmy pokornie na specjalnym apelu porannym wysłuchując przemówienia dyrektora szkoły i kilku innych nauczycieli. Później szkoła poszła na „wielką manifestację ludności stolicy” ku czci zmarłego. Z tej akurat manifestacji bardzo byłoby niebezpiecznie się urwać. Za takie żarty rodzice mogli trafić na długie lata do więzienia, a uczeń do poprawczaka. Kończył się jednak najgorszy okres PRL. Zbliżała się Warszawska Wiosna 1956 roku.

CV szkoleniowo-doradcze; skrócone 2603 znaki

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Prof. Andrzej Blikle jest profesorem zwyczajnym w Instytucie Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk, członkiem Europejskiej Akademii Nauk (Academia Europaea), członkiem rady nadzorczej firmy „A.Blikle Sp. z o.o.” (w latach 1990-2010 był prezesem zarządu), członkiem zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, członkiem honorowym i byłym prezesem Polskiego Towarzystwa Informatycznego, członkiem Komitetu Mazowieckiej Nagrody Jakości, honorowym prezesem Centrum im. Adama Smitha, członkiem rady fundacji FOR (Fundacja Obywatelskiego Rozwoju), członkiem zarządu oraz byłym prezesem stowarzyszenia Nowy Świat (stowarzyszenie przedsiębiorców Traktu Królewskiego w Warszawie), członkiem Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN oraz członkiem kilkunastu innych zawodowych i społecznych organizacji.

We wrześniu roku 2009 zajął drugie miejsce (po Janie Krzysztofie Bieleckim) wśród liderów firm w rankingu „Kogo słucha biznes”. Ranking przeprowadził magazyn Thinktank wspólnie z Instytutem Monitorowania Mediów i Google. W roku 2012 zajął czwarte miejsce w analogicznym rankingu "Kogo słuchają polscy liderzy" w kategorii "Doradcy biznesu" po Jacku Santorskim, Witoldzie Orłowskim i Adrianie Furgalskim.W roku 2011 otrzymał tytuł „Człowiek Jakości Roku 2010” przyznany przez Kongres polskich Menedżerów Jakości ISO POLAND 2011.

Od roku 1997 prowadzi własne konwersatorium na temat TQM, na którego spotkania przybywa około 100 osób. W latach 1999-2001 był przewodniczącym Komitetów Programowych oraz wykładowcą trzech kolejnych Międzynarodowych Szkół Jakości organizowanych w Polsce przez agendę ONZ — Umbrella. W latach 2001 - 2012 wykładał m.in. dla słuchaczy studium podyplomowego w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, słuchaczy studium MBA i DBA Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, słuchaczy MBA w Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, studentów Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie, słuchaczy Collegium Civitas, Szkoły Liderów prof. Z. Pełczyńskiego. Od roku 2008 prowadzi jednoosobową firmę doradczą Andrzej Blikle Doradca.

W roku 2014 ukazała się jego książka "Doktryna jakości — rzecz o skutecznym zarządzaniu" (wydawnictwo Helion), która w roku 2015 uzyskała I miejsce w kategorii Najlepszy poradnik ekonomiczny w konkursie Economicus 2015 organizowanym przez Dziennik Gazeta Prawna, a w roku 2016 uzyskała Nagrodę Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie Za najlepszą pracę z zakresu nauk o przedsiębiorstwie w latach 2014-2015. Książka w aktualnej wersji cyfrowej jest do bezpłatnego pobrania w artykule Moja książka "Doktryna jakości".

Strona 1 z 3