Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Andrzej Leder, Znudzeni, zmęczeni, wściekli

Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna

Artykuł ukazał się w Krytyce Politycznej nr 45, 2016 r. Na niniejszej witrynie jest publikowany za zgodą autora.

Relacja folwarczna to relacja władzy. Jeden człowiek ma władzę nad innym, może mu coś nakazać, może go oceniać, upokarzać i czerpać z tego satysfakcję, może odrzucać i wykluczyć… To cechuje wszelkie relacje władzy. Jednak relacja folwarczna cechuje się wśród nich czymś szczególnym; jedna strona jest tu o wiele potężniejsza od drugiej, ta druga sytuuje się w pozycji skrajnej słabości. Wzorcem jest tu oczywiście władza feudalnego pana nad poddanymi, ale w dzisiejszym świecie nawet gdy stosunki sił nie są tak skrajnie nierówne, jak w feudalnym folwarku, głęboko uwewnętrznione schematy zachowań, sposoby przeżywania i zagospodarowywania tych przeżyć powodują, że relacje (od relacji pracodawcy i pracownika począwszy) jak zaczarowane, odtwarzają wzorzec folwarczny. Metaforycznie mówiąc – czyjaś ręka po bat sięga, czyjś grzbiet pod bat się pochyla.

W naszym regionie relacja folwarczna wywodzi się z pańszczyźnianej gospodarki wschodnioeuropejskiej, charakterystycznej dla I Rzeczypospolitej. Dyby, bat i szubienica – możliwości stosowania bezpośredniej przemocy – były podstawowym atrybutem tej formy ludzkich stosunków. Dzisiaj jednak brutalność relacji folwarcznej funkcjonuje zwykle w bardziej zakamuflowanych formach. W końcu cechą społeczeństwa mieszczańskiego jest między innymi to, że relacje przemocy i hierarchii kamufluje.

W swojej pierwotnej formie relacja folwarczna przetrwała zniesienie poddaństwa i obecna była jeszcze w Polsce międzywojennej. Nawet rewolucja społeczna, której polskie społeczeństwo doświadczyło w okresie 1939–1956, nie unicestwiła relacji folwarcznej jako pewnej struktury mentalnej; zespołu postaw i nawyków, przepływów społecznej energii, reakcji i odruchów, fraz językowych i sposobów wartościowania wreszcie. To jest właśnie element „prześnienia” przemian, które się wówczas dokonały.

Paradoksalne jest to, że w dzisiejszej Polsce relacja folwarczna rozgrywa się nie między jakimiś domniemanymi „panami” a przedstawicielami „ludu”. Rewolucja okresu 1939–1956 zmiotła tak dawnych ziemian i formację kulturową z nimi związaną, jak skromną burżuazję, najczęściej żydowską i niemiecką. Relacja folwarczna przetrwała więc przede wszystkim w wyobraźni potomków „ludu”, w swym rdzeniu chłopskiego. Przechował ów lud w swej pamięci starannie stosunek do wszelkiej zwierzchności, strach, urażoną dumę, upokorzenie i chęć odwetu. Przechował też wizję tego, co przystoi „pańskiej stronie”; brutalność, arogancję, rywalizację na to, „kto godniejszy”. A wszystko to „lukrowane” dobroczynnością. Dzisiejsza klasa średnia nosi tę lekcję w kościach i na wzór owych wyobrażonych figur, żywcem z dzieł Sienkiewicza, a może raczej – Kitowicza – organizuje sobie relacje z innymi ludźmi.

Opis relacji folwarcznej w dzisiejszej Polsce dotyczy więc nie tyle domniemanej, dawnej klasy „pańskiej”, co sposobu organizowania hierarchii przez dzisiejszych silnych z dzisiejszymi słabymi. Niezależnie od tego, że i jedni i drudzy w ogromnej większości wywodzą się z warstw ludowych. Wynika z tego istotna cecha opisu – analizy fenomenologicznej raczej niż historycznej czy socjologicznej – relacji folwarcznej. Skupia się opis na słabszej, „ludowej” stronie tej relacji. Dziedzictwo bowiem owej strony decyduje dzisiaj o kształcie, jaki przybiera ona w ogromnej większości przypadków. Uwewnętrznione cechy dawnej słabości, przeniesione w pozycję siły, przynoszą w rezultacie szczególne cechy klasy średniej naszego kraju.

***

Relacja folwarczna dotyczy bardzo wielu stosunków między ludźmi. Przede wszystkim często występuje w rodzinach, ujawnia się w sposobie traktowania dzieci albo wzajemnego traktowania się przez małżonków/partnerów. Powszechne przyzwolenie na bicie dzieci i związane z tym wyobrażenia o przemocy jako źródle autorytetu bezpośrednio płyną z tęsknoty za „naturalną” hierarchią folwarku. Przy czym przemoc fizyczna jest tylko jedną z form nadużycia; w tym celują mężczyźni, nie szczędząc jej ani dzieciom, ani kobietom. Przemoc zakamuflowana, wynikająca z możliwości zastraszania, upokarzania, potępiania i wykluczania jest zapewne dzisiaj częstsza – i sprawiedliwiej rozdzielona pomiędzy płci – niż przemoc bezpośrednia. Rzadziej piętnowana – jeśli już to za pomocą zagranicznego słowa mobbing – choć równie niebezpieczna.

Oczywiście, „słabi słabych” też mają swoje strategie obrony. Dzieci najczęściej zamykają się w sobie. Latami tkwią w obcości obok buzujących złością rodziców. Pustka tych relacji maskowana jest, szczególnie w nowej klasie mieszczańskiej, rozbudowanymi rytuałami rodzinnymi; wesela, chrzty, komunie, inne okazje… Rytuały te mają zrównoważyć dotkliwy brak, jednocześnie stają się okazją „pańskich” zachowań, jak zwykle służących ustalaniu hierarchii, rywalizacji „kto godniejszy”, legitymizowaniu statusu.

Funkcja katolickiego kleru, na którym zazwyczaj opiera się ta karuzela rytuałów, staje się tu szczególnie ważna, to on właśnie staje się dysponentem tych wszystkich dóbr: godności, statusu, pozycji w hierarchii. Sam kształtowany w niesłychanie hierarchicznej strukturze, korzeniami tkwiącej w polskiej kontrreformacji XVII stulecia, traktuje relację folwarczną jako najbardziej naturalną.

Kler staje się ważnym elementem relacji folwarcznej jeszcze z innej przyczyny. Dla kobiet, bitych i poniewieranych przez swoich upokorzonych mężczyzn kościół staje się źródłem siły, pozwalającej z cierpienia uczynić narzędzie odwetu. Moralne unicestwienie, któremu podlega w takiej sytuacji oprawca, połączone z ostentacyjnym uwielbieniem postaci religijnych, od Chrystusa po lokalnego proboszcza, pozwala odpłacić za brutalną przemoc.

Stąd charakterystyczny sojusz pewnej części kobiet, zwykle słabszych społecznie, i kościoła. Sojusz, który zwrotnie utrwala ten aspekt relacji folwarcznych, umieszczający kler w pozycji dominującej władzy symbolicznej. Gdy inni posiadacze tej władzy, sytuujący się po tradycyjnej stronie „pańskiej” –  a więc dawne ziemiaństwo – są w dzisiejszym społeczeństwie istotnie osłabieni, kler staje się potęgą, nie mającą w Polsce prowincjonalnej żadnej konkurencji.

***

Relacja folwarczna jest antagonistyczna. Nawet jeśli strony relacji mają pewne wspólne pragnienia albo interesy, schodzą one na plan dalszy wobec istoty relacji, jaką jest próba sił. Wobec tych sił dysproporcji jest to jednak próba bardzo szczególna, próba w warunkach poczucia skrajnej nierówności. Stawką i nagrodą, o którą gra strona silniejsza, jest utwierdzenie się w swoim poczuciu wyższości. Jest to możliwe dzięki upokorzeniu strony słabszej i uzyskaniu od niej uznania. Uznania jej wyższego statusu. Przy czym ów wyższy status jest czymś więcej niż tylko uznaniem tego, że ktoś ma większy, powiedzmy, kapitał. Chodzi o pozycję, którą można by nazwać „gatunkową”, o poczucie, że jest się kimś „lepszym” w jakiś istotowy sposób.

Owo poczucie wyższego statusu uprawomocnia dominację. A ponieważ dzisiejsza klasa średnia z poczuciem prawomocności ma kłopot, chętnie osuwa się w różnego rodzaju zabiegi „statusowe”, mające legitymizacji dostarczać. Upokarzanie słabszych i wymuszanie na nich dowodów uznania jest nie najmniej ważną strategią umacniania takiej słabej legitymizacji. Na marginesie, owo powszechnie obecne, a jednocześnie ukrywane i przemilczane źródło satysfakcji – rozkosz dominowania – jest bardzo istotnym motorem ludzkich zachowań, może więc usunąć w cień inne motywacje. W gruncie rzeczy trzeba konsekwentnego i mądrego wychowania, wychowania do równości, by zastąpić ten rodzaj motywacji innymi.

Z kolei stawką i nagrodą, o którą gra strona słabsza, jest – poza załatwieniem sprawy pozostającej we władzy silniejszego – uniknięcie upokorzenia. A czasami – wystrychnięcie silniejszego na dudka. Chwilowe odwrócenie relacji, karnawał na folwarku, jest jednak zwykle efektem sprytu i chytrości, a nie dążeniem do rzeczywistej równości praw. Promuje więc tych, którzy są cwani i pokrętni. Najczęściej jednak, jako że antagonizm w relacji folwarcznej rozgrywa się w sytuacji skrajnej nierówności sił, rozwiniętą do perfekcji strategią słabszego jest bierny opór. Tam, gdzie rządzi ten typ relacji, mało więc mamy otwartych i przebiegających zgodnie z pewnymi regułami konfliktów. Konflikty są skryte, często mamy wręcz do czynienia z pozorami harmonii.

Skądinąd żadna ze stron relacji folwarcznej nie jest zainteresowana otwartym ujawnieniem konfliktu. Z jednej strony ujawnienie konfliktu psuje pozór harmonii, z którego to pozoru obie strony wyciągają pewne, przede wszystkim „godnościowe” korzyści. To bym nazwał „folwarcznym kontraktem”. Pan jest „dobrodziejem”. Nawet jeśli kogoś upokarza, to tylko „dla jego dobra”. Upokarzany zaś z wdzięcznością przyjmuje te „nauki”, pokazując, że zna swoje miejsce i jest z tego miejsca dumny. W polityce często buduje to relację kliencką, pozornie obie strony łączą jakieś „ideały” czy „wartości”, w gruncie rzeczy polityk trzyma swoich klientów na smyczy przywilejów, wydobywających ich z codziennej beznadziei. Ale ten rodzaj „kontraktu” pojawia się oczywiście też w innych sferach. Jeszcze niedawno pracodawca, wyrzucając pracownika, mówił na przykład: „To będzie dla niego lekcja, która pozwoli mu zrozumieć, że nie jest przystosowany do wymagań rynku…”.

***

Relacja folwarczna przenika te odniesienia – i praktyki społeczne – które mają kluczowe znaczenie dla funkcjonowania wspólnoty i z którymi związane jest społeczne zaufanie. To relacje takie jak polityka i wyborcy, lekarza i pacjenta, prawnika i klienta, duchownego i wiernego, nauczyciela i ucznia, urzędnika i petenta, wreszcie, wspomniana już, pracodawcy i pracobiorcy. A także, charakterystyczna dla kultury spektaklu i negocjowania widzialności, celebrytów i reszty, w nich wpatrzonej.

Gdy lekarz mówi matce gorączkującego dwulatka: „Jak mogła pani mu to podać?! No zobaczy pani, nic dobrego z tego nie będzie…”, a ta, przerażona, wyobraża już sobie drgawki i pogrzeb; gdy duchowny wbija zrozpaczoną dziewczynę w poczucie grzechu, a często jeszcze żąda pokory i pieniędzy (pomińmy sytuacje, gdy żąda jeszcze czegoś…); gdy nauczyciel upokarza dziecko za zadanie pytania, bo przecież „Milcz, jak do mnie mówisz!” – to właśnie wtedy stają się stroną relacji folwarcznej.

Jest tą stroną również prawnik, który zamiast pomóc klientowi w zrozumieniu sytuacji, wywyższa się, używając zupełnie niezrozumiałego żargonu i zastrasza przyciśniętego człowieka, rozpościerając wokół niego gąszcz paragrafów, za którym majaczy katastrofa i więzienie. Co ciekawe, takie prawnicze praktyki, opisywane w XVII wiecznej Francji na przykład przez Moliera a w XIX wiecznej Anglii – przez Dickensa, mogłyby się wydawać „z natury” przypisane owej profesji. Jednak właśnie pojawienie się krytycznych opisów w komedii czy powieści mieszczańskiej pokazuje, jak burżuazja francuska czy angielska nabiera świadomości swej siły. Dzięki temu zaś może symbolicznie zakwestionować pozycję prawnika, który nie dostarcza efektów, mierzonych zyskiem, a przede wszystkim dba o swój status. Polskie mieszczaństwo na razie nie wypracowało tak ostrego spojrzenia, co wypominał mu znany niemiecki krytyk literacki, wywodzący się z Polski, Marcel Reich-Ranicki.

***

Sprawa tłumienia i skrywania – również przed sobą – nienawistnych uczuć związanych z relacją folwarczną jest dla trwałości tego rodzaju odniesień bardzo ważna. Zdolność samooszukiwania, tworzenia zupełnie iluzorycznego obrazu samego siebie, zdolność idealizowania oprawcy pozwalają trwać w różnego rodzaju nieznośnych sytuacjach. Tworzą jednak kulturę obłudy. Jest to kultura „podwójnego myślenia”, w krajach Europy wschodniej znacznie starsza niż rządy komunistycznego totalitaryzmu, raczej przez owe reżimy z talentem zaadaptowana. I choć przetrwanie wielu wydaje się kluczową wartością, za ten rodzaj lukrującej ułudy płaci się wysoką cenę.

Z drugiej strony, w momencie ujawnienia nagiej przemocy i wybuchu wściekłości nie ma żadnych reguł określających przebieg konfliktu, a w związku z tym grozi on zawsze przekształceniem w konflikt „o wszystko”, na śmierć i życie. Dla słabszego ryzyko jest tu oczywiste – przypadek Jolanty Brzeskiej, spalonej za ujawnianie przemocy związanej z rugowaniem lokatorów jest tu pierwszym z brzegu przykładem – ale również silniejszy ryzykuje. Dla dawniejszych czasów dobrze ilustrują to chłopskie bunty, takie jak rabacja czy bunt Chmielnickiego. Dzisiaj, kiedy rzadko kto kogo zamyka w dyby albo rżnie piłą, ujawnienie konfliktu i odwołanie do nagiej przemocy przez kogoś w pozycji pańskiej karane jest zwykle delegitymizacją moralną i utratą uznania, o które w końcu w tym wszystkim chodzi. Pracodawca czy menedżer, który skłoni ludzi do odchodzenia z pracy „za porozumieniem stron” i w ten sposób, niepostrzeżenie zredukuje załogę o jedną trzecią, będzie cieszył się lepszą opinią, niż ten, który ich wszystkich wyrzuci „na bruk”. O ile oczywiście nie ma akurat mody na pokazywanie „chamom” gdzie ich miejsce.

***

Pierwszym więc obszarem, w którym słabszy realizuje swoją strategię biernego oporu, jest obszar dyskursu, czyli pewne praktyki mówienia i niemówienia. Najprostszą jest milczenie. Nieodpowiadanie na zadane pytania, cedzenie słów, w ogóle unikanie jakiejkolwiek wypowiedzi, dopóki druga strona „się nie ujawni” – to znane każdemu sytuacje pojawiające się w relacjach z kimś, kto albo postrzega się jako słabszy, albo ma cechy mentalności ukształtowanej „po słabszej stronie” relacji folwarcznej. Wywodzi się ten sposób funkcjonowania z sytuacji poddanego chłopa, w którego położeniu niezależna wypowiedź, jak każde niezależne zaistnienie, była czymś ryzykownym. Poddany mówi tylko, gdy jest do tego zmuszony. A i wtedy toczy z pytającym panem swoistą grę – mówi tak, by nic nie powiedzieć. Czasem używa w wypowiedzi alegorii, w razie czego łatwo dowodząc, że przecież on nic tam nie miał na myśli…

Jednocześnie jednak pozostaje urażony samym zadaniem pytania; każda interpelacja upokarza go, wytrącając ze stanu ochronnej izolacji i budząc widoczną niechęć i resentyment. Ponieważ właściwie każdy kontakt z drugim człowiekiem przeżywany jest przez niego jako przemocowy – i na dodatek często taki bywa – sposobem na zmniejszenie nieprzyjemnych doznań jest unikanie kontaktu w ogóle, hodowanie w sobie postawy „społecznego autyzmu” i delektowanie się, jak na obrazach Chełmońskiego, przepływającymi obłokami i rykiem krów z oddali. Albo rykiem jakiejś muzyki w słuchawkach.

Nic więc dziwnego, że gdy ktoś zadaje osobie w takim stanie jakiekolwiek pytanie, budzi niechęć. Zawody wymagające sprawności komunikacyjnej nie są więc dla nich łatwe. Nadal częsta w Polsce, choć może nie tak jak przed dwudziestu laty, obrażona mina pracujących w usługach – kelnerów, sprzedawczyń, taksówkarzy – wyraża ten stan ducha. Usługiwanie komuś jest na dodatek przeżywane jako powrót do swego rodzaju poddaństwa, czyli sytuacji upokorzenia.

***

Sytuująca się na antypodach ponurego milczenia swoboda w kontakcie, erudycja i dobre wychowanie polskiej inteligencji, cechy którymi szczyci się ona i które skądinąd w codziennym obcowaniu są bardzo sympatyczne, świadczą jednocześnie o przynależności tej grupy do kultury „pańskiej”. Inteligencja bowiem, jako formacja kulturowa, wywodzi się z dworu. Nawet jeśli dwór w międzyczasie zubożał – bo powstania, wojny i komuniści – a duża część dzisiejszych inteligentów wywodzi się z rodzin chłopskich, robotniczych albo jeszcze tam jakichś, sama forma tożsamości i związane z nią praktyki społeczne oraz imaginaria ukształtowały się w XIX-wiecznej kulturze „pańskiej”. Pogarda i niechęć do chamstwa „chamów” – zrozumiałe w tym sensie, że chamstwa i brutalności nigdy nie należy sankcjonować – są jednocześnie przejawami dystynkcji, którą dystyngowani odgradzają się od niedystyngowanych. Ja przepowiadam sobie w związku z tym czasem myśl Waltera Benjamina: „…wszystkie te dobra kulturowe odznaczają się rodowodem, którego nie potrafi[ę] rozważać bez trwogi”.

Stąd problem, który „przyjaciele równości” mają z powszechnym narzekaniem na „schamienie” naszych czasów. Niezależnie, że od czasów Seneki przynależy ono do repertuaru odchodzących pokoleń, niepokojące jest uświadomienie sobie, że wszystkie te „dobra kulturowe” – ogłada, dobre wychowanie, smak i umiar – są wyhodowane na glebie krzywdy i wykluczenia, zaś chamstwo, brutalność i cwaniactwo są owocem tych samych stosunków; najczęściej wyrażając prowadzoną dawniej rozpaczliwą walkę o samozachowanie.

Dziś w imię rozpoznania tego rodowodu niektórzy z tych „przyjaciół wolności” chcą bratać się z kibolami czy wszelkimi „Januszami”. To nie wydaje mi się ani mądre, ani sprawiedliwe, ani też możliwe. Problem jednak pozostaje. Nie jest jego rozwiązaniem lament nad schamieniem polityki, nie jest też, przyzwolenie na to, żeby brutalność wobec słabszych stała się sposobem na zaspokajanie potrzeby „sprawiedliwości”.

***

Ostatecznie z tej próby sił, jaką jest najzwyklejsza rozmowa, każdy wychodzi sfrustrowany – ten w pozycji „pańskiej” powtarza frazy o „tępocie tych ludzi” „braku kultury” i „homo sovieticus”, czasem skracając wywód prostym „trzeba by wybić to bydło”,  ten w „chamskiej” odchodzi na bok i wtedy mamrocze pod nosem soczyste: „ch…”, „sk…n” albo „głupia p…a”. I gdy spotka na swojej drodze „głupią p…ę”, która akurat jest słabsza, na przykład własną żonę, to nie omieszka jej pokazać, kto tym razem jest panem.

Wymiana wiedzy, uzgadnianie działań, już nie mówiąc o próbie zrozumienia innego człowieka, słowem wszystkie funkcje mowy, związane z przekazywaniem jakiegoś obrazu rzeczywistości, odgrywają w relacji folwarcznej rolę całkowicie uboczną. Ten w pozycji siły dba o utrwalenie swojego statusu „wyższości”, ten w  słabości, by nie powiedzieć nic, co mogłoby mu zagrozić, a jak się da, przechytrzyć silnego. Nic więc dziwnego, że wymiany słów i zdań rzadko prowadzą do konstruktywnych efektów, a jednocześnie, z tego punktu widzenia rozmowy są zwykle zupełnie nieefektywne. Czego doświadczył każdy, kto próbował ustalić na przykład czas, jakość i koszt wykonywania jakichkolwiek prac remontowych w sytuacji relacji folwarcznej, czy to będąc właścicielem, nie mogącym dogadać się z oporującymi wykonawcami, czy rozsądnym pracownikiem, który znosić musi „sadzenie się” pracodawcy.

***

Głębszym skutkiem tłumienia upokorzenia i wściekłości płynących z relacji folwarcznej jest uwewnętrznienie nienawiści i pogardy do siebie. To zaś skutkuje notoryczną niezdolnością do dbania o siebie samego i swój świat. Bylejakość, niestaranność, niechęć do wszystkiego, co wymaga długotrwałego wysiłku i zorganizowanego myślenia wiąże się tutaj z przekonaniem o własnej nędzy i złu; w końcu co ktoś taki mógłby stworzyć dobrego? W ten sposób zakumulowana energia destrukcyjnych odczuć rozkłada i wypacza każdy konstruktywny gest, który mógłby wyprowadzić człowieka poza relację folwarczną. Ściana, którą postawi, będzie krzywa, narzędzie, którym pracuje, porzucone bez opieki zacznie rdzewieć, a prezent mający podreperować stosunki małżeńskie, głupio wybrany i nieprzemyślany, wzbudzi tylko kpinę i złość. Zresztą szyderstwo – nazywane często poczuciem humoru – jest jeszcze jednym sposobem rozpaczliwego chronienia się przed upokorzeniem.

Jeszcze głębiej tkwi ciągłe zmęczenie, niechęć, niezdolność do koncentracji… I różne sposoby poniżania się, prostytuowania w dosłownym i metaforycznym sensie. Kompensowane momentami wzlotów, „Ja wam tu, k…, wszystkim pokażę!”, najczęściej pod wpływem powszechnie stosowanego narkotyku, jakim jest alkohol.

Po „chamskiej” stronie relacji folwarcznej produkuje się więc kultura przepełniona nienawiścią do siebie, poczuciem słabości i beznadziei oraz tłumionym pragnieniem odwetu. Widać ją w bylejakości i brzydocie mieszkań, obejść i podwórek, w dziurach na drodze i w płocie, w bezguściu strojów i języka, w brutalności i szyderstwie wzajemnych relacji, w nudzie i udręczeniu, w twarzach zniszczonych przez alkohol, w „buraka burocie…”, wszędzie.

Autoagresywne samounicestwienie „słabych” sprzyja dwuznacznemu, głęboko obłudnemu stosunkowi do strony pańskiej. Z jednej strony stosunek ten podszyty jest uczuciami zawistnymi i odwetowymi. Z drugiej jednak, czy ktoś, kto siebie uważa za „śmiecia”, wielkie nic, mógłby przetrwać bez jakiegoś ideału? Nie mógłby. Bardzo łatwo ideałem staje się oblukrowana „pańska” postać, której brutalność i pogardę usprawiedliwia się westchnieniami w stylu: „Ale to jednak wielki lekarz…”, albo „To prawdziwa gwiazda, oni tak żyją….”, czy wreszcie: „Tak wybitny uczony ma prawo do pewnych rzeczy…”. No, a już namiestnik pana Boga, ten to dopiero ma prawo.

Samoponiżenie ma też pewną szczególną funkcję w ekonomice rozkoszy. Im bardziej „słaby” upokarza i poniża siebie, tym wspanialej lśni postać „silnego”, a więc tym bardziej uwielbianie jej i adorowanie dostarcza przyjemnych doznań. Upokarzające praktyki podlizywania się, donoszenia i wszelkiego płaszczenia nie są więc tylko, wbrew pozorom, pragmatycznym postępowaniem, mającym zapewnić bezpieczeństwo i korzyści, one są też źródłem swoistej, lubieżnej przyjemności, która bardzo mocno wiąże „słabego” z jego obrazem „pańskości”.

Pod tym uwielbieniem i westchnieniami rozkoszy kryje się jednak zawistna mściwość. Bardzo łatwo wybuchająca w seansach deptania obalonych idoli. Stale powtarzające się cykle – pojawienie się jakiegoś obiektu uwielbienia, zachwycanie się jej/jego atrybutami, obalanie i szczucie wczorajszego idola, poszukiwanie nowego – są właśnie symptomatyczne dla tej rdzeniowej sprzeczności uczuć.

Ta zawistna mściwość ujawnia się też w stosunku do „rzeczy publicznej”, państwa, traktowanej jako „pan słaby”. Słaby, poza przyczynami historycznymi, również dlatego, że jego siła może opierać się tylko na powszechnym poszanowaniu praw. Gdy powszechna jest postawa „cwaniarzenia”, państwo staje się „panem” słabym, a to nasila lekceważenie i niechęć do niego. Dopiero gdy państwo zwróci się ku stosowaniu przemocy, znowu rozpoznawane jest przez słabych z relacji folwarcznej jako „prawdziwy pan”.

***
Autoagresja, udręczanie siebie, jest jednak też znakomitą bronią w ciągłej walce, która przecież stanowi istotę relacji folwarcznej. Stale obwiniany, „słaby” tej relacji unika przede wszystkim wszelkiej odpowiedzialności, pokazując, że jest tak słaby, że nikt niczego nie może od niego wymagać. Jak stary Kiemlicz, jęczący „niegodniśmy, niegodniśmy…”. Co więcej jednak, rozdrapując swoje rany i eksponując nieszczęście, obwinia też „silnego”, bo w końcu jak ów może dopuszczać do tego, by „słaby” był aż tak nieszczęśliwy? Ta negocjacja odpowiedzialności za powszechne nieszczęście jest więc kolejnym polem walki. Stąd kultura ciągłego narzekania, kryje się za nim obwinianie i rywalizacja w nieszczęściu. Pozwala też istnieć, bez ryzyka ujawnienia się.

Tłumiona wściekłość i pogarda do siebie, którą strona słabsza wynosi z relacji folwarcznej, ma dalekosiężne skutki. Pierwszy z nich to przeniesienie stosunków dominacji na tych, którzy są słabsi od słabego. Dzieci, wspomniana już żona, każdy może dostać „w ryj”, to zaś pozwala słabemu na moment poczuć się silnym. Podobnie, pomiatanie sprzedawcami, kasjerami, kelnerami i kelnerkami, wszystkimi, którzy akurat znaleźli się w sytuacji zależności.

***

Typowym bowiem ryzykiem, na które naraża się słaby w odpowiedzi na jakąkolwiek próbę zaistnienia, jest obwinienie. Obwinienie, przypisanie winy, jest strategią silnego pozwalającą mu na utrzymanie i stabilizację hierarchii w relacji folwarcznej, podtrzymywanie „kontraktu folwarcznego”, połączone na dodatek z rozkoszą dominowania. Ten, kto ma prawo oskarżać, jest przecież dysponentem prawa. Prawa, czyli, jak zauważał Kant, rezerwuaru godności.
Przy tym obwiniając i stosując inne strategie przemocowe, „silny” w relacji folwarcznej ponosi pewną nieprzyjemną konsekwencję – inny oddala się od niego, mówiąc metaforycznie, „na odległość bata”, a on sam tkwi w pustce swojej domniemanej wyższości. Wbrew pozorom nie jest to wcale mały koszt, brak zwykłej ludzkiej życzliwości, ciągła wrogość i niechęć, nawet bierna, z którą się obcuje, wszystko to na dłuższą metę jest nużące i smutne.
W gruncie rzeczy podstawową winą „poddanego” jest sam fakt zaistnienia, ale obwiniany jest zwykle za jakieś fakty, związane z aktualną „wypowiedzią”. Ten moment relacji prowadzi do tragikomicznych nieporozumień, którymi usiane są stosunki społeczne w Polsce.

Rozważmy, ponownie, rozmowę lekarza z pacjentem. Lekarze, mający nad pacjentami ogromną władzę – to dysponenci śmierci i życia, ale też sprawności i kalectwa, wreszcie bólu i ulgi – w Polsce bardzo często praktykują obwinianie jako podstawową formę rozmowy. „Dopiero dziś się pani zgłasza?!”, „Dlaczego nie zrobiła pani tych badań?!” albo „Po co to wszystko mi pan przynosi?!”, albo „Kto panu kazał brać te tabletki?!”; listę tego typu fraz, typowych dla kontaktów ze służbą zdrowia można rozwijać w nieskończoność. Chory człowiek, bojący się obwinienia, obawia się więc mówić. Ale mówić musi, żeby opowiedzieć o chorobie. Wypowiada się więc nieskładnie, mniej lub bardziej nieświadomie starając się uniknąć wszystkiego, co lekarza mogłoby sprowokować do obwinienia go, cenzurując więc często ważne fakty, a eksponując nieistotne, za to służące podtrzymaniu „folwarcznego kontraktu”. Lekarz zaś, poza wykonywaniem pracy diagnostycznej, cały czas czujnie praktykuje utrzymywanie swojej „pańskiej” pozycji, coraz bardziej zastraszając chorego.

Tu pewne zastrzeżenia. Po pierwsze, jest wielu lekarzy, którzy tak nie postępują. Traktują chorych z uwagą, troską i z szacunkiem. Tym oddaję hołd i nie będę się nimi więcej zajmował. Tamtych „pańskich” jest na tyle dużo, by kontakt z nimi podtrzymywał trwałość folwarcznych stosunków lekarz-pacjent. Po drugie, często relacja hierarchiczna skryta jest za paternalizującym przejmowaniem całej odpowiedzialności za pacjenta, pozornie życzliwym, ale nie dającym mu możliwości „dorosłego” wejścia w sytuację. Prośba o szczegółowe informacje na temat decyzji, które pacjent musi podjąć jest często nadal traktowana jak fanaberia. Wreszcie, często mówi się, że lekarz, mający w ramach kontraktu z NFZ osiem minut na chorego musi tak postępować. Oczywiście nie musi, co więcej, efektywność wykorzystania tych ośmiu minut – czasu śmiesznego – jest nieproporcjonalnie słaba właśnie ze względu na praktykowanie relacji folwarcznej.

Częste dzisiaj „cwaniarzenie” pacjentów, w stylu: sprawdziłem to w Internecie, proszę tylko o receptę, albo snucie mściwych fantazji na temat pozywania lekarzy czy wpisywani im złych opinii na odpowiednich portalach to tylko typowe próby strony słabej z poradzeniem sobie z sytuacją zależności. Sami lekarze jednak poddani są folwarcznemu traktowaniu przez ordynatorów i innych przedstawicieli wyższej hierarchii medycznej, a także urzędników dysponujących pieniędzmi. To jednak przynależy do istoty relacji hierarchicznych – każdy, cisnący słabszych, deptany jest przez silniejszego.

***

Obwinianie nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek rzeczywistym zawinieniem, jest strategią, mającą zniszczyć zaufanie słabego do siebie i utrwalić prawo silnego do dominacji. Obwiniają więc wszyscy, którzy mają jakąkolwiek władzę, nawet okruch. Nauczyciele obwiniają dzieci, urzędnicy – petentów, księża – „owieczki”, żony – mężów, szefowie – pracowników…

Obwinianie pozwala pracodawcom na praktyki tak upokarzające, jak słynne zmuszanie kasjerek w marketach do siedzenia w pampersach. „Jeśli masz coś nie tak z pęcherzem, to wkładaj pieluchę i nie gadaj…”. Z drugiej strony, ciągłe obwinianie powoduje, że podstawową strategią pracowników jest powszechnie stosowany „dupochron”. W stosunkach zawodowych staje się on główną formą komunikacji międzyludzkiej, chroni bowiem przed zagrożeniem obwinianiem.

Ilość energii i zamęt komunikacyjny, które z tego wynikają, mógłby na pewno zostać przeliczony na jakieś góry straconych zysków. Jednak pracodawcy są bardzo oporni na zmianę w tym obszarze – nagrody libidalne, płynące z poczucia dominacji, połączone z przekonaniem, że „z chamami inaczej się nie da…”, utrwalają ten syndrom, który polskim menedżerom przyniósł w krajach o nieco innej kulturze relacji międzyludzkich „chlubną” ksywkę „bullterrierów”.

Obwinienie nie tylko odbiera prawomocność słabszej stronie w relacji z silniejszą, ono pozbawia ją zaufania w relacji z samą sobą. Jak mogę sobie ufać, jeśli podałam dziecku jakieś złe tabletki? Nie ufam więc sobie, ale nie ufam też już poprzedniej lekarce/lekarzowi, które te tabletki mi zapisał. Bęcwał jakiś, albo, co gorsza, przekupiony przez koncerny, robi z nas króliki doświadczalne. A czy ufam temu, kto mnie przed chwilą obwinił? W najmniejszym stopniu. Po pierwsze, przecież za chwilę pojawi się ktoś następny, kto powie: „Kto pani kazał…?!”. Po drugie, słabsza strona czuje złość wywołaną przez poniżenie, którego doświadcza. Więc z założenia nie wierzy w dobre intencje silniejszego, chce tylko wyrwać to, czego potrzebuje i uciec. Złość i upokorzenie „rozpuszczają” wszelkie zaufanie, które mogłoby się pojawić.

Nikomu nie można ufać. Nic więc dziwnego, że upowszechniają się różne, roznoszone przez internetową plotkę legendy, jak choćby ta o szkodliwości szczepień.

***

Istotną cechą relacji folwarcznej jest jej swoisty „autyzm”, izolowanie się od wszystkiego, wszelkich form odniesień między ludźmi, które są inne. W swoisty sposób sprzyjają temu popędowe energie, w relacji folwarcznej uruchamiane i rozprowadzane. Przez to bowiem, że jest ona dla strony „pańskiej” źródłem licznych i nieosiągalnych w inny sposób satysfakcji, ma owa strona tendencję do podtrzymywania jej w nieskończoność.

Przyjrzyjmy się sytuacji urzędnika wraz z petentem, który przynosi swoją sprawę. Przyjmijmy, że urzędnik nie jest „nowego chowu”, nie przeszedł licznych szkoleń, które próbują zaszczepiać kulturę demokratyczną w służbie cywilnej, a przynależy raczej do formacji, którą Stanisław J. Lec ujął pisząc, iż najbardziej przerażający jest rozrost biurokracji w społeczeństwach, które dopiero co wyszły z analfabetyzmu. Otóż urzędnik napawa się swą wielkością, pokazując nierozumnemu i przestraszonemu petentowi, że nie przyniósł takiego formularza, nie przykleił owego znaczka, krótko – jest słaby. Znana sytuacja, wielokrotnie opisywana.

Co jednak, gdy petent, pokornie pochylony, przyniesie już wszystkie formularze i znaczki? Czy urzędnik zejdzie z piedestału i sprawę po prostu załatwi? Jeśli jest stroną relacji folwarcznej, to na pewno nie. Co bowiem by z tego miał? Raczej pokaże ponownie petentowi, jak ów mało znaczy i jak bardzo jego istnienie zależy od dobroci i łaskawości urzędnika. Przypomni więc, że brak jeszcze takiego czy innego stempla. A potem jeszcze raz, i jeszcze…

Napisałem „jeśli jest stroną…”, jest bowiem wielu – coraz więcej – urzędników, którzy petentów traktują po ludzku i – przede wszystkim – kompetentnie. W ciągu ostatnich dwudziestu mniej więcej lat zmiana tu, inaczej niż w służbie zdrowia, wydaje się wręcz uderzająca. Jednak tych „folwarcznych” jest nadal dostatecznie dużo; podobnie więc jak poprzednio z lekarzami, kompetentnym urzędnikom oddaję cześć i wracam do tych pierwszych.

Ci, którzy czerpią z praktykowania relacji folwarcznej mnóstwo satysfakcji, dla których wywyższanie się, poniżanie innych i sprawowanie nad nimi władzy zaspokaja podstawowe potrzeby przeżywania, właśnie z tego względu odcinać się będą od tych części doświadczenia, w których ta praktyka jest mniej obecna. Nie ma tam dla nich nic atrakcyjnego. Jeśli więc „silnego” do relacji folwarcznej przyciąga energia rozkoszy związanej z dominacją, przez kontrast pozbawiając wszelkie inne formy odniesień mocy i barwy, coś innego nadaje charakterystyczny „autyzm” przeżyciu „słabego”. Jak już wspomniałem, autoagresywna złość odcina go od związków z ludźmi, bo każe je zawsze czytać jako upokarzające; ktoś, kto do „takiego czegoś” zwraca się życzliwie, musi przecież kpić albo manipulować. Jak mógłby być życzliwy wobec takiego „śmiecia”, jakim czuje się „słaby”?

Trzeba zatem grać przeciwko niemu, ujawnić jego podstępy i wystrychnąć na dudka. Na to zawsze narażają się przepełnieni humanistycznymi intencjami przedstawiciele strony „pańskiej”. Urażeni, odwracają się wtedy plecami i, ponownie, mówią o chamstwie. Pozostawiając „pedagogikę społeczną” siłom policyjnym.

Potężne pragnienia obu stron relacji folwarcznej popychają je zatem do tego, by odcinać się od wszystkiego, co sytuuje się poza nią.

***

Ważnym, jeśli nie kluczowym elementem całej folwarcznej sieci stosunków między ludźmi, pozwalającym na zniesienie jej nieznośnego, przytłaczającego ciężaru, jest kultura alkoholowa. Przede wszystkim w postaci rytuałów wódczanych. Niezliczone praktyki i formy pozwalają na to, żeby ten najpowszechniej dostępny narkotyk neutralizował cierpienie upokorzeń, samotności i wrogości. Dystans i niechęć topnieją, gdy pojawia się butelka, a cudowna właściwość alkoholu, polegająca na zdolności do rozpuszczania negatywnych uczuć, pozwala na przeżywanie chwil ulgi.

Ponieważ jednak przestrzeń międzyludzka musi być wypełniona usprawiedliwieniami, zwanymi kulturą, wokół prostego spożywania narkotyku rozwinęła się cała sieć zachowań, pozwalających w pełni wykorzystać międzyludzki potencjał stwarzany przez neutralizację uczuć, oferowaną przez alkohol. Uroczystości rodzinne, przyjacielskie, wszystkie te „karniaczki” i „na drugą nóżkę” i „ze mną się nie napijesz?” pozwalają całymi godzinami celebrować różne formy zbratania, na chwilę zacierające prozę relacji folwarcznej.

Wraca ona, ta proza, na kacu.

Codzienny brak odwagi kompensowany jest zaś, w typowo wschodnioeuropejski sposób, przez wódczane „podróże do kresu nocy”, kończące się przy śmietniku albo w jakimś podziemnym przejściu.

***

Elementy relacji folwarcznej są jak komórki nowotworowe. Przez długi czas mogą tkwić w społecznej tkance mniej lub bardziej demokratycznych stosunków, powoli namnażając się i przenikając w nowe obszary, by w momencie kryzysu obudzić się, zagarniając dla siebie i pożerając coraz więcej sytuacji i odniesień, w pewnym momencie stają się systemem zinstytucjonalizowanej nierówności.

Ten moment jeszcze w Polsce nie nastąpił. Nawet jeśli bardzo wiele odniesień ma charakter folwarczny, formalnie i wobec prawa ludzie są sobie równi. Często mówi się, że wobec faktycznej nierówności nie ma to znaczenia; otóż sądzę, że jest to pogląd błędny. Nawet, jeśli hierarchiczne i pogardliwe stosunki występują bardzo często, nadal nie mają sankcji moralnej i prawnej; wręcz przeciwnie, w imię równości można przeciw nim wystąpić.

Gdy jednak nierówność zostaje usankcjonowana prawnie i moralnie, upokorzenie i zastraszanie, a na ich przeciwnym biegunie, pycha i brutalność stają się normą. Nikt już nie pyta wówczas o to „z jakiej racji?”, raczej samo przeciwstawienie się nierównościom uważane jest za wykroczenie. Tak wyglądały społeczeństwa feudalne, kolonialne, społeczeństwa oparte na poddaństwie, w tym kierunku może rozwijać się cywilizacja współczesna, jeśli proces oligarchizacji będzie postępował.

Jednak jeszcze tak nie jest…

Za zgodą autora udostępniam do pobrania artykuł w wersji pdf. Pobierz.

Do czego nam referenda?

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Ten artykuł był również opublikowany na blogu natemat.pl.

Porażająco niska frekwencja w referendum z 6 września 2015 roku oraz na ogół dość niskie frekwencje w wyborach ― i to raczej na całym świecie ― skłaniają do zadania pytanie postawionego w tytule.

Referenda i wybory to dwa bardzo ważne narzędzia demokracji bezpośredniej, gdyż dają one obywatelom wpływ na decyzje istotne czy to dla ogółu (ogólnokrajowe) czy też dla społeczności lokalnej. Są one jednak dość kosztowne, a ponadto w przypadku referendum mogą nie przynieść oczekiwanego rozstrzygnięcia. Z punktu widzenia mechanizmu działania, zarówno jedne jak i drugie są pewnym sposobem zbiorowego podejmowania decyzji. Można więc rozpatrywać je jako jedno zjawisko: głosowanie. Czemu zatem służy głosowanie?

Pozornie odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: służy podejmowaniu przez polityków decyzji, za którymi opowiada się większość. Niestety najczęściej wcale tak się nie dzieje, a nawet gdy się dzieje, to niekoniecznie jest to najlepsze rozwiązanie.

Przecież, aby referendum było wiążące do urn musi pójść jedynie nieco ponad połowa uprawnionych, a z tej połowy jedynie nieco więcej niż połowa musi się za czymś opowiedzieć. W rezultacie rozstrzygnięcie referendalne może być podjęte głosami jedynie nieco ponad 25 proc. uprawionych. I zwykle tak właśnie jest, bo rzadko kiedy frekwencja mocno przekracza 50 proc. Przypomnijmy sobie jak było w roku 2004, gdy decydowaliśmy o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Czy można więc mówić, że w wyborach i referendach decyduje głos większości? Raczej nie. Można co prawda uważać, że ci co nie poszli do urn zagłosowaliby podobnie do tych co poszli, ale takie rozumowanie jest raczej nieuprawnione. Próba złożona z głosujących z pewnością nie jest próbą reprezentatywną, gdyż różni się istotnie od niegłosujących choćby swoim stosunkiem do państwa i polityków. To może uznać, że opinia tych, którzy nie głosowali, nie jest ważna? Na to chyba nie zgodziłby się Trybunał Konstytucyjny. Czy jest więc jakieś rozwiązanie tego dylematu? Odpowiedź zależy od celu, jaki politycy chcą osiągnąć urządzając głosowanie, a cele mogą być dwa.

Pierwszy to pozbycie się przez polityków obowiązku podjęcia trudnej decyzji. Gdy pojawia się taka konieczność, politycy powiadają „niech wolę wyrazi naród” i problem mają ― jak to się mówi ― „z głowy”. Swój cel osiągają, jednak ma się to nijak do zrealizowania woli większości.

Drugim celem głosowania jest podjęcie decyzji najbliższej wyborowi większości. W takim wypadku pewniejsze i tysiąc razy tańsze będą profesjonalnie przeprowadzone statystyczne badania opinii społecznej. Przy próbie na poziomie tysiąca prawidłowo dobranych osób wynik badania może różnić się od wartości rzeczywistej w granicach plus-minus 3 proc. To chyba znacznie lepsza ocena niż głosowanie z frekwencją na poziomie nieco ponad 50 proc. Jak się przy tym okazuje, na dokładność wyniku ma znacznie większy wpływ reprezentatywność próby niż jej liczność. Dobrze dobrana próba tysiąca osób może być lepsza niż źle dobrane 16 milionów (to właśnie nieco ponad połowa uprawnionych w naszym kraju). Jest tak, bo przy dobrze dobieranych próbach zwiększanie liczności ponad tysiąc badanych dokładność wyniku poprawia już bardzo niewiele.

Zresztą tradycyjne badanie opinii społecznej to tylko jedno z technicznych rozwiązań. Innym, nabierającym coraz większego znaczenia, jest statystyczne analizowanie ogólnie dostępnych w Internecie bardzo dużych zbiorów danych (ang. big data). Analizując treści pojawiające się na forach społecznościowych typu jak FaceBook, Twitter i podobne, można w wielu już sprawach dowiedzieć się co statystyczny obywatel sądzi na jakiś temat (patrz K.Cukier i V.Mayer-Schonberger „Big data. Rewolucja, która zmieni nasze myślenie, pracę i życie”). Jeszcze innym rozwiązaniem są rynki prognostyczne opisane w książce Jamesa Surowieckiego „Mądrość tłumu”. Ten mechanizm prognozowania jest stosowany przy wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i daje wyniki bliższe rzeczywistym niż tradycyjne badanie opinii wyborców.

Przedstawiony tok rozumowania doprowadza nas do dość kontrowersyjnego wniosku, że jeżeli politycy upatrywaliby w głosowaniu cel merytoryczny, a nie ochronę przed odpowiedzialnością, to powinni opierać swoje decyzje na badaniach statystycznych, a nie na referendach i wyborach. Proponowane rozwiązanie ma jednak pewną wadę: badania łatwiej zmanipulować, niż wybory. To akurat prawda, ale można by myśleć o nadzorze nad badaniami jakiegoś niezawisłego ciała w rodzaju Trybunału Konstytucyjnego lub też przyjąć zasadę, że wybrane organizacje mają prawo przeprowadzić niezależne badania, których wyniki są później jakoś agregowane. Ja oczywiście jedynie głośno myślę, ale może warto zacząć dyskusję w tym kierunku, bo frekwencje wyborcze raczej rosnąć nie będą, za to zbiory dostępnych danych rosną w postępie szybszym od geometrycznego.

Pytanie jak pozyskiwać informację o poglądach większości nie jest jednak jedynym dotyczącym podejmowania decyzji ważnych dla mniejszych i większych społeczności. Drugie pytanie brzmi ― o co te społeczności  można i należy pytać? O jakich decyzjach powinna decydować większość (jakkolwiek to osiągniemy) a o jakich jedynie eksperci?

Z pewnością każdy się zgodzi, że nie należy pytać wszystkich Polaków, jaki rodzaj betonu użyć przy budowie autostrad. Polaków interesuje jedynie, aby nawierzchnie autostrad były bezpieczne, ale jak to osiągnąć, powinni decydować specjaliści. Zamiast więc pytać o rodzaj betonu, należałoby raczej spytać Polaków, czy chcą bezpiecznych nawierzchni, tego jednak robić nie warto, bo wynik jest z góry znany.

Wydaje się więc raczej bezsporne, że metodą głosowania można uzgadniać jedynie takie decyzje, których wpływ na oczekiwane skutki jest dla wszystkich jasny i bezsporny. Dobrym przykładem tego rodzaju sytuacji było przeprowadzone kiedyś referendum w sprawie zniesienia opłat za komunikację miejską w Zurychu, czego ceną byłoby podniesienie podatku miejskiego o ułamek procenta. Zwyżka podatków musiałaby zresztą pokryć tylko część dotychczasowych kosztów, bo zniknęłyby dość znaczne koszty sprzedaży i kontroli biletów. Na to pytanie mieszkańcy odpowiedzieli zdecydowanie NIE, gdyż uznali za niesprawiedliwe, aby ci, którzy nie korzystają z komunikacji miejskiej, mieli się składać na darmowe przejazdy pozostałych.

Frederik August von Hayek w swojej znakomitej „Konstytucji wolności” zauważył, że w większości głosowań czy to społecznych, czy parlamentarnych, liczba tych głosujących, którzy znają się na przedmiocie głosowania pozostaje zwykle w znaczącej mniejszości wobec reszty. Decyduje więc większość, która się nie zna! Skoro tak, to należałoby jakoś odróżniać pytania „betonowe” od „tramwajowych”.

W obu opisanych przypadkach sprawa była jasna. W zasadzie powinna być też jasna w przypadku takich betonowych pytań jak te o przystąpienie do Unii, czy do strefy Euro, o JOW’y, o wiek posyłania dzieci do szkół, czy też o ustrój gospodarczy lasów. Polacy bez wątpienia chcą, aby w Polsce żyło się bezpiecznie i dostatnio, abyśmy wybierali odpowiedzialnych parlamentarzystów, aby dzieci miały zapewniony start do dorosłości i aby nie zabrakło nam dostępnych dla wszystkich lasów. Ale już na pytania, jak to osiągnąć nie powinni odpowiadać ani obywatele, ani nawet politycy, ale eksperci. I powinni brać za to odpowiedzialność. A my obywatele powinniśmy (móc) im wierzyć. Ba!

Na razie jednak płacimy cenę za taką demokrację, jaką mamy. Problem w tym, że do dziś nikt niczego lepszego nie wdrożył (bo pomysłów kilka było). To jednak nie powinno nas zniechęcać do myślenia. Bo myślenie ma przyszłość, choć ― jak powiada Czesław Bielecki ― nie w każdej głowie jednakową.

Szkoła bez stopni - bo liny pchać się nie da

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Ten artykuł został opublikowany na blogu natemat.pl 17 sierpnia 2014 roku i zebrał ponad 3 tys. polubień.

Jak się ostatnio dowiedziałem, najnowszy projekt nowelizacji ustawy o oświacie przewiduje częściowe odchodzenie od szkolnego systemu ocen za pomocą stopni. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że tego dożyję. A jednak…

O idei szkoły bez stopni przeczytałem po raz pierwszy około dwudziestu lat temu w znakomitej książce amerykańskiego psychologa Alfi Kohna pt. „Punished by rewards” (Karani nagrodami). Zresztą książka jest poświęcona nie szkole bez stopni, ale zarządzaniu bez kija i marchewki. To w niej przeczytałem, że owe „narzędzia motywacyjne” w rzeczywiście głęboko demotywują, gdyż motywację godnościową – tę najsilniejszą z motywacji – wypierają na rzecz pogoni za korzyściami, która działa jedynie tak długo jak przed nosem widzimy marchewkę lub za plecami czujemy kij. I na dodatek, marchewkę i kij trzeba cały czas wzmacniać, by nam nie spowszedniały, bo wtedy ich siła oddziaływania słabnie. Zrozumiałem też, że pomiędzy kijem i marchewką nie ma praktycznie różnicy, bo pozbawienie marchewki działa jak kij, a uniknięcie kija – jak marchewka. Z tej prawdy uczyniłem jedną z najważniejszych tez mojej książki; patrz Zarządzanie bez kija i marchewki.

Jakiś czas później poznałem nauczycielkę języka niemieckiego w jednym z warszawskich liceów. Ta pani wyprzedziła cytowaną wyżej nowelizację o kilka lat, gdyż na własną rękę zlikwidowała stopnie w swoich klasach. Stawia je co prawda na półrocze i na koniec roku, bo tego wymagają przepisy, ale w czasie roku szkolnego już nie. Gdy zapowiada to rodzicom uczniów, ci przerażeni pytają, skąd w takiej sytuacji ich dzieci będą wiedziały co umieją, a czego nie umieją. A pani profesor na to: Jak to skąd? Po prostu im powiem. Na to zwykle pada kolejne pytanie, czy lepsi uczniowie są jakoś wyróżniani, bo skoro nie ma stopni… I znów odpowiedź jest dość niespodziewana: Tak. Lepsi dostają do domu trudniejsze zadania. Dobremu uczniowi mówię: To już dla ciebie za łatwe. Zrób tamto. I oni to cenią. A przy tym problem ściągania przestaje istnieć.

Gdy posłyszałem o tej szkole, zdałem sobie sprawę, że moja żona kończyła uczelnię, w której też stopnie stawiano dopiero na koniec semestru. W tej szkole – a była to Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie – studenci w ciągu roku rysowali, malowani i rzeźbili, a profesorowie chodzili między nimi i robili tzw. „korekty”, czyli mówili, co jest dobrze, a co należy poprawić. Oceniali studentów nie po to, aby ich napiętnować lub pochwalić, ale żeby im pomóc w rozwoju.

O innej eksperymentalnie szkole posłyszałem kilka lat temu na konferencji „Edukacyjne oblężenie Malborka”. W tej szkole – a rzecz dzieje się w Anglii – nie tylko nie ma stopni, ale też nie ma lekcji w tradycyjnym sensie, ani nawet obowiązku pozostawania w klasie w czasie zajęć. Kto chce może w każdej chwili wyjść! A jednak nie wygodzą, bo zajęcia są ciekawsze od tego, co można mieć na korytarzu.

Ta szkoła jest nastawiona na wyrabianie w uczniach głodu wiedzy, zgodnie z zasadą, że liny nie da się pchać, że można ją tylko ciągnąć. Cały proces dydaktyczny jest podporządkowany praktycznym projektom realizowanym przez uczniów w cyklu trzyletnim. Gdyby chcieć to opisać w terminach tradycyjnej szkoły, należałoby powiedzieć, że z klasy do klasy przechodzi się co trzy lata.

Dla przykładu uczniowie jednej z takich klas projektowali i budowali rower. I oczywiście, gdy zaczynali ten projekt, nie mieli pojęcia, jak się do niego zabrać. Nie mieli też potrzebnej do tego wiedzy. Tę wiedzę „ciągnęli” od nauczycieli, by móc zbudować rower, a ci ostatni wskazywali i udostępniali jej źródła. Nie było mowy o ściąganiu, odpisywaniu, pracy „na stopień”, bo tam w ogóle nie o to chodziło. Tam się zespołowo budowało rower, a kto nie był do tego przygotowany, musiał braki nadrobić, bo inaczej byłby obciach.

Idea szkoły bez stopni trafia też do firm, choć trudno powiedzieć, kto był pierwszy. Dwa lata temu umieściłem na mojej witrynie recenzję książki Samuel A. Culbert, Lawrence Rout, Skończ z okresową oceną pracowników, MT Biznes, Warszawa 2012. Edwards Deming, twórca japońskiego cudu gospodarczego już w latach 1960. zaliczał okresowe oceny pracowników do jednej z dziesięciu śmiertelnych chorób firmy.
 
Ocenianie przy pomocy stopni to wynik przekonania, że ludzi da się ustawić w szereg od najgorszych do najlepszych. To bardzo uproszczony sposób myślenia, który przydaje się jedynie wtedy, gdy chcemy szybko i bezrefleksyjnie zdecydować komu dać premię, a kogo wylać z pracy. Ale wtedy, gdy celem oceny jest pozyskanie informacji, co danemu człowiekowi, studentowi, uczniowi… jest potrzebne do rozwoju, stopnie są przeciwskuteczne.

Cieszę się wiec, że polska szkoła idzie w dobrym kierunku, choć może nie mówmy hop, dopóki głosowanie w Sejmie przed nami.

Refleksje po lekturze książek Thomasa Piketty „Ekonomia nierówności” i „Kapitał w XXI wieku”

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Ten artykuł napisaliśmy wspólnie z Tomaszem Budziakiem. Został on opublikowany z niewielkimi zmianami pt. "Widmo Marksa nad Polską" w dodatku do Rzeczpospolitej "Plus i Minus" nr 34, 22-23 sierpnia 2015

Balzac, Jane Austen czy Karol Dickens malowniczo i z detalami opisali bariery wynikające z nierówności majątkowej. Często te opisy przywoływane są przez Thomasa Piketty w głośnej ostatnio książce o znamiennym tytule Kapitał w XXI wieku. Choć jej głównym tematem nie jest badanie skutków nierówności majątkowych jako barier rozwoju, to sam przykład naszego Janka Muzykanta intuicyjnie podpowiada, że jest coś na rzeczy. Od sporów na temat, czy dane i interpretacje zostały dobrane przez niego do założonych tez, czy też na odwrót, ciekawsze jest praktyczne przełożenie na obecną i przyszłą polską rzeczywistość obserwacji i recept Piketty’ego. Czy pasują do Polski?

Piketty nie pochylił się nad naszym krajem. Zapewne z całkiem obiektywnej przyczyny. Polska nie może w sposób prosty dostarczać przykładów bogactwa, ciągniętych przez stulecia jak np. we Francji. Przez ostatnie dwa stulecia Polska nie miała ani swojego państwa, ani swoich statystyk. W okresie porozbiorowym, nasze elity gospodarcze traktowane były przez historyków gospodarki jako element elit zaborczych. Nawet jeśli działały przeciw zaborcom. Wyniszczenie elit przez ostatnią wojnę, a następnie okres komunizmu zerwały ciągłość społeczną i pokoleniową polskich przedsiębiorców. Tego Zachód nie doświadczył. Dopiero od mniej więcej ćwierćwiecza polscy przedsiębiorcy mają możliwość budowy swoich firm. Przedsiębiorcy francuscy, brytyjscy czy niemieccy nie byli eliminowani przez okupantów ani prześladowani jako klasa. Mogli nieprzerwanie przekazywać z pokolenia na pokolenie nie tylko majątek, ale przede wszystkim technologię, wzorce zachowań i kulturę pracy. Nasza historia była całkiem odmienna — polscy przedsiębiorcy mozolnie, choć z dużym sukcesem, nadrabiają zabrany im przez historię czas. Czy bezkrytycznie przyjmując tezy i rozwiązania Pikett’ego mamy pozbawiać następne pokolenie polskich przedsiębiorców szansy dogonienia zachodnich konkurentów?

Jeżeli A, to jeżeli nie A to B

Teza ta to jeden z sylogizmów logiki Arystotelesa, a więc jeden z aksjomatów logiki, na której jest zbudowana (prawie) cała współczesna nauka. Przekładając go na bardziej zrozumiały język oznacza on, że jeżeli A jest prawdziwe, to z założenia, że A jest fałszywe można formalnie (naukowo!) udowodnić każdą tezę, a więc również tezę nieprawdziwą. Profesor logiki na Uniwersytecie Warszawskim Andrzej Mostowski — ilustrował to prawo następującym stwierdzeniem: „jeżeli miotła stoi w kącie, to jeżeli miotła nie stoi w kącie, to będzie wojna”. Inna historyczna anegdota donosi o dyskusji jaka miała miejsce pomiędzy jednym z wielkich matematyków XIX wieku, a jego przyjacielem dyplomatą. Ten ostatni miał wystawić na próbę swojego rozmówcę zadając mu do wywiedzenia, że jeżeli 3 = 2, to on — dyplomata — jest papieżem. Matematyk odpowiedział tak: „Jeżeli 3 = 2, to, odejmując jedynkę od obu stron równania otrzymujemy 2 = 1. Ty i papież do dwie osoby, ale dwie, to jedna, a więc jesteś papieżem.”

Wcześniejsza od wspomnianej już książka Piketty’ego zatytułowana "Ekonomia nierówności" jest poświęcona metodom zmniejszania nierówności majątkowych między ludźmi dla zrealizowania postulatu sprawiedliwości społecznej rozumianej jako (s.8) „faktyczna poprawa warunków życia osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji oraz skali uprawnień, które można zagwarantować wszystkim”.

Nie ujmując niczego temu postulatowi należy jednak zauważyć, że autor zdaje się nieszczególnie interesować wzrostem zamożności ludzi najmniej zarabiających, jeżeli nie idzie on w parze ze spadkiem zamożności najbogatszych. Jak sam jednak zauważa (s.26) „między rokiem 1870 i 1994 siła nabywcza robotnika zwiększyła się około ośmiokrotnie. Ten spektakularny wzrost stopy życiowej w ciągu ostatniego wieku kapitalizmu był zresztą wyraźnie taki sam we wszystkich krajach zachodnich.” Ów wzrost, z czego autor zdaje sobie sprawę, ale czego nie uznaje za ważne źródło wyrównywania nierówności społecznych, dokonał się dzięki kumulacji kapitału w firmach, a więc w rękach kapitalistów. Piketty odnosi się do tego faktu jedynie wtedy, gdy pisze (s.70): „Punkt widzenia prawicy, zgodnie z którym wzrost, a nie dystrybucja pomiędzy kapitałem a pracą, pozwala na prawdziwe podniesienie stopy życiowej (…) potwierdza się wyłącznie w długim okresie historycznym i nie ma żadnego znaczenia z perspektywy cyklu politycznego, ze zrozumiałych względów interesujących dla pracowników, których dotyczy". Temu twierdzeniu zdaje się przeczyć choćby historia ostatnich 25 lat Polski i naszych najbliższych sąsiadów, gdzie właśnie dzięki kumulacji kapitału w prywatnych firmach, które w latach 1990-tych zaczynały od produkcji w garażach i handlu z turystycznych łóżek, tak bardzo podniosła się średnia stopa życia. Nie trzeba sięgać do statystyk, by zauważyć, że ogromnej dziś masy towarów, takich jak pralki, telewizory, średniej klasy samochody itp. nie konsumują osoby najbogatsze, ale właśnie te średnio i mało zarabiające.

Oczywiście nie można podważać faktu, że nadal istnieją w Polsce i na świecie zarówno obszary biedy, jak i wielkie fortuny, pytanie tylko, czy metoda janosikowa — zabrać boga-tym, by dać biednym — powinna być jedyną metodą poprawy warunków życia najuboższych. A jeżeli już zabierać bogatym — co zdaniem lewicy jest sprawiedliwe, słuszne i zbawienne — to należy jeszcze zadać pytanie: na jakim etapie tworzenia i wykorzystania bogactwa należy prowadzić tę konfiskatę. Tego pytania w Ekonomii nierówności w ogóle nie dostrzegliśmy, choć autor pośrednio udziela na nie dość jednoznacznej odpowiedzi wielokrotnie postulując, że jedyną skuteczną formą jest opodatkowanie pracy i zysków z kapitału (np. s.124). Mówiąc w uproszczeniu, bogactwo bogatych najlepiej jest zabierać wtedy, gdy je tworzą, a nie gdy je konsumują. Rzecz w tym, że, gdy zabieramy w chwili tworzenia, ograniczamy nie tylko konsumpcję, ale też inwestycje w rozwój. Alternatywną formą Janosikowego jest więc opodatkowanie konsumpcji, a nie zysków i przychodów z pracy. Tego jednak autor w ogóle nie bierze pod uwagę. Nota bene wydaje się, że sam Janosik opodatkowywał „panów” wyłącznie na etapie konsumpcji, bo pozbawiał ich nie źródeł bogacenia się (np. ziemi), ale ich owoców tj. pieniędzy i przedmiotów zbytku. Dobrze wiadomo też, że również dziś podatki od konsumpcji (VAT, akcyza itp.) zbierają największe żniwo i są najskuteczniej egzekwowane.

Fiskus jako młot sprawiedliwości

Za jedyną godną uwagi formę wyrównywania nierówności Piketty uważa redystrybucję fiskalną, czyli państwową pomoc socjalną dla mniej zarabiających finansowaną z podatków płaconych przez więcej zarabiających, a nie przez więcej wydających. Jak słusznie też zauważa, działania związków zawodowych koncentrujące się na wyrównywaniu różnic płacowych, a w tym na podnoszeniu płacy minimalnej, są w tej mierze nieskuteczne (s.124): „(…) działania związków nieuchronnie prowadzą przedsiębiorstwa do korzystania z większej ilości kapitału i mniejszej ilości pracy oraz z większej ilości pracy kwalifikowanej w zamian tej niewymagającej kwalifikacji.”

Piketty zdaje się też stać na stanowisku, że każdy przedsiębiorca będzie za wszelką cenę maksymalizował zyski, więc jedyną drogą do skłonienia go, by sprawiedliwiej dzielił się swoim bogactwem, jest stosowana przez Państwo fiskalna opresja. Tymczasem dziś wiadomo, że firmy, które dobrze traktują pracownika — w tym finansowo — (vide np. badania Instytutu Gallupa, czy też indeks giełdowy Human Impact and Profit Paula Hermana), są statystycznie skazane na sukces finansowy. Piketty takich rozwiązań w ogóle nie bierze pod uwagę, być może właśnie dlatego, że niespecjalnie interesuje go równoległe podnoszenie poprzeczek dochodów pracowników i pracodawców. Jego interesuje przede wszystkim zbliżanie tych poprzeczek do siebie.

Nie bierze też pod uwagę, że w bardzo wielu firmach rodzinnych, które we wszystkich praktycznie gospodarkach świata stanową przeważającą większość, najważniejszym celem właścicieli nie jest — jak chciałby tego Milton Friedman — maksymalizacja zysku, ale bardzo często uszanowanie wartości godnościowych, wśród których mieści się też godne traktowanie pracowników. Wielu takich pracodawców czerpie poczucie dumy i satysfakcji z faktu, że jego pracownicy są dobrze wynagradzani, a ich praca odbywa się w przyjaznym ekologicznie, technologicznie i społecznie środowisku.

W praktyce Piketty uważa, że fiskus zastąpi przedsiębiorców w ich decyzjach dotyczących alokacji kapitału — po prostu fiskus będzie wiedział lepiej, w co go zainwestować. Dotychczasowe losy przedsięwzięć gospodarczych kontrolowanych przez Państwo nie napawają optymizmem. A politycy wszak nie ponoszą w praktyce żadnych konsekwencji majątkowych swoich decyzji finansowanych na koszt społeczeństwa. 

Po co pracujemy?

Kolejnym błędem Piketty’ego jest założenie, że człowiek przychodzi do pracy wyłącznie po pieniądze (s.134): „Dając temu pracownikowi wynagrodzenie wyższe od płacy rynkowej, mogą zmotywować go bardziej, gdyż pracownik ma wówczas świadomość, że coś straci, jeżeli zostanie zwolniony.” Oczywiście często dzieje się i tak, że jedyną korzyścią pracownika jest płaca, ale to też nie wszędzie, za to wszędzie tam, gdzie tak jest, praca jest najczęściej mało wydajna i niskiej jakości. W takiej sytuacji nie można też liczyć na lojalność pracownika — podkupi go każdy, kto da więcej.

Dziś w nowoczesnych firmach sukces zarówno pracowników jak i właścicieli buduje się na zgodniej współpracy pomiędzy nimi przy realizacji wspólnie wytyczanych celów wśród których zysk bynajmniej nie jest jedynym. W firmach rodzinnych celem nadrzędnym jest długowieczność. By móc przekazać firmę kolejnemu pokoleniu musi ona przetrwać na rynku 20-30 lat. A aby tak się stało, przez ten cały czas musi zaspokajać potrzeby wszystkim swoich interesariuszy: klientów, kontrahentów, pracowników, społeczeństwa, państwa i właścicieli. Zysk jest więc zawsze koniecznością, ale nie musi być celem. Co więcej, firmy, które tak właśnie widzą swoją misję, w efekcie zarabiają więcej pieniędzy.

Prawdziwie udane przedsięwzięcia gospodarcze mają swoje źródła w pasji, talencie i wartościach. Wymagają również czasu i wytrwałości. Jeśli przedsiębiorcy mają budować stabilne i konkurencyjne firmy, to muszą mieć jasną perspektywę funkcjonowania. Zysk przeznaczony na rozwój biznesu nie może być zagrożony konfiskatą.

Kluczową sprawą jest transfer dochodu z firmy do jej właścicieli. Bo to on generuje nierówności. Czy sam fakt posiadania kapitału upoważnia do nieograniczonego korzystania z efektów jego dobrego zastosowania? Piketty zauważa konieczność akumulowania zysków na rozwój. Jednak odmawia prawa do dysponowania zyskami właścicielom kapitału według własnego uznania. Proponuje w istocie konfiskatę wypłat ponad umowny limit zaproponowany jako progresywny podatek dochodowy ze stawką 80% od nadwyżki ponad 1 milion dolarów. Znamy wielu przedsiębiorców, dla których biznes to rodzaj sportu, czy współzawodnictwa, i nawet taka janosikowa stawka ich nie zniechęci do aktywności. Jednak wielu poczuje się obrabowanych i potraktowanych niesprawiedliwie. Bo to oni ryzykują swoim majątkiem i poświęcają spokój swój i swoich rodzin, czego nie robią pracownicy, urzędnicy i zatrudnieni na państwowych posadach intelektualiści.

Kara dla kolejnych pokoleń

Piketty słusznie zauważa tendencję kolejnych pokoleń do traktowania firm jako inwestycji, a nie jako obszaru przedsiębiorczej aktywności właścicieli. Jednak naszym zdaniem zbytnio generalizuje, traktując en block kolejne pokolenia jako pozbawione ambicji. Przykładowo, to za sprawą trzeciego pokolenia potomków Ferdynanda Porsche, rodzinny koncern Volkswagen doszedł do swojej pozycji. Nie dzięki spekulacjom kapitałowym, ale wytrwałej i innowacyjnej pracy członków rodziny i kierowniczego personelu.

Nawet jeśli potomkowie operacyjnie nie udzielają się w firmach w takim stopniu jak założyciele, to jeśli firmy rodzinne rozwijają się, to jest to nadal efekt dobrych decyzji właścicielskich potomków. Skoro właściciele firm, niezależnie od głębokości zaangażowania się w codzienne zarządzanie, ryzykują własnym majątkiem za nietrafne decyzje, to nie sposób odmówić im prawa do decydowania i zarazem nagrody. Politycy i publicyści zwykle nie ryzykują niczym poza reputacją, o ile ktoś o niej pamięta.

Wydaje się też, że Piketty zawyża wartość majątków w posiadaniu najbogatszych rodzin Zachodu, ponieważ szacowane są one zwykle mnożnikowo w odniesieniu do zmiennych kursów giełdowych oraz bez uwzględnienia zniżki cen przy ewentualnej przyśpieszonej czy wręcz wymuszonej fiskalnie sprzedaży takich aktywów. Tak czy owak jednak, wartość (raczej papierowa) niektórych tamtejszych fortun robi wrażenie i zmusza do zastanowienia, czy i w jakim stopniu za koncentracją kapitału idzie uzasadniona koncentracja władzy? Do czego prowadzi nieograniczona akumulacja, wspierana większymi możliwościami redukcji podatkowej za pomocą sowicie opłacanych doradców proponujących coraz bardziej wyrafinowane instrumenty oferowane przez niektóre państwa? I to nie tylko egzotyczne, ale jak ujawniła to afera LuxLeaks, także długo i do niedawna, a przede wszystkim niejawnie przez rząd Luksemburga kierowany przez obecnego szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera.

W sumie przedsiębiorcy powinni przyklasnąć postulatom przejrzystego i sprzyjającego małym i średnim firmom globalnego systemu podatkowego. Jednak sam Piketty wie, że ten postulat to utopia. Proponuje więc w Kapitale w XXI w (str.650) globalny podatek majątkowy o niskiej stawce np. rzędu 1 promila rocznie, który ma na celu przede wszystkim zwiększenie transparentności fortun, ich ewidencję i poniekąd też zwiększenie ich legitymizacji. Wiedząc, że najłatwiej byłoby wprowadzić plan w życie w Unii Europejskiej, Piketty idzie znacznie dalej i ma dla niej szczegółową propozycję tj.  progresywny podatek majątkowy, z rocznymi stawkami wynoszącymi w wariancie B (tablica S15 1.b.)  0,1% od wartości majątku do 200 tys. euro , następnie 0,5% od nadwyżki ponad 200 tys. euro i 1 % ponad 1 mln euro i tak stopniowo do 10% od fortun o wartości ponad 100 mln euro, czyli prawie 5,5% od majątku poniżej 420 mln zł. I tu zaczynają się schody, bo majątek raz włączony w obszar rażenia nowego podatku może stać się obiektem pożądania fiskusa i wszelkie zaklęcia powołujące się na intencje światłego pomysłodawcy mogą być zignorowane przez polityków, gdy przyjdzie pora elekcji lub wypełniania obietnic wyborczych i gdy obecna lub przyszła koalicja rządząca łatwo może w podwyższeniu stawek znaleźć proste źródło finansowania prezentów wyborcom na koszt przedsiębiorców. Wystarczy wówczas jedynie „technicznie” podnieść stawki. Bariera mentalna zostanie obalona wcześniej.

Zróbmy sobie sami krzywdę

Wcielenie progresywnego podatku majątkowego w Unii Europejskiej dotknęłoby i Polskę. Pomijamy fakt, że wprowadzenie go jedynie na tym obszarze znacznie pogorszyłoby warunki rozwoju firm unijnych wobec krajów, które nie kierowałyby się tak szczytnymi celami.
Zejdźmy do poziomu polskich realiów. Proszę zatem wyobrazić sobie, że niezależnie od powodzenia w biznesie, 3 polskich przedsiębiorców z listy WPROST lub FORBES musi co roku oddać co najmniej 5,5% swojego biznesu fiskusowi. Jaki to będzie miało wpływ na konkurencyjność stosunkowo młodych jeszcze polskich przedsiębiorstw? Różnica między polskimi przedsiębiorcami, a ich zachodnimi kolegami polega na tym, że w zdecydowanej większości polscy przedsiębiorcy są wciąż na etapie budowania i ekspansji. Ich dystans do europejskiej czołówki jest jeszcze wielki, choć stawkę zawyżają bez wątpienia niezasłużone fortuny rosyjskich oligarchów. Przeznaczenie kapitału wiodących polskich firm na podatki, to albo zahamowanie ich rozwoju, albo wepchnięcie w objęcia banku lub zaproszenie do emigracji w kierunku mniej „postępowych” legislacji. Ponieważ zaś zachodni konkurenci nawet po zapłaceniu progresywnego podatku od kapitału będą go wciąż mieli więcej od naszych przedsiębiorców, to łatwiej im będzie przejmować polskie firmy. Zapewne nie będą też rozwijali w Polsce wysokowartościowych miejsc pracy, ale raczej rekompensowali straty na rzecz fiskusa poprzez podtrzymywanie Polski jako rezerwuaru taniej siły roboczej.

Zdumiewające, że niektórzy Polacy zabierający głos na temat nierówności idą dalej niż sam Piketty. Przykładowo komentując wnioski z Kapitału w XXI wieku poważnie rozważają konfiskacyjny podatek od spadków i darowizn w wysokości co najmniej 80%, zmuszając potomków do dzielenia i sprzedaży firm w celu zapłaty daniny. Ma to ich zdaniem powstrzymać tworzenie biznesowych oligarchii. Piketty uważa zaś, że podatek od spadków jest nieefektywny, bo jednorazowy i nie chodzi o to, żeby podatkami zabić biznes lub wywłaszczyć potomków natychmiast.
Takie myślenie jest zgubne dla trwałości polskich firm rodzinnych. Bo to właśnie one, a nie międzynarodowe lub sterowane przez fikusa korporacje stanowić będą w przyszłości motor rozwoju naszego kraju i tworzyć miejsca pracy o największej wartości dodanej. To one potrzebują czasu na okrzepnięcie. To one muszą mieć możliwość przestawienia się z myślenia krótkookresowego na perspektywiczne. Na akumulację w celu inwestowania w najnowsze technologie i wreszcie w badania i rozwój. Jakoś naszemu Państwu nie wychodzi wdrażanie osiągnięć nauki. I nie jest to tylko kwestia finansowania, ale motywacji i umiejętności, a przede wszystkim podatności na krótkoterminowe cykle polityczne, nie pasujące do długookresowych celów. Nie przeszkadzajmy więc polskim przedsiębiorcom w globalnym wyścigu konkurencyjności. Dajmy czas i środki na podnoszenie jakości i trwałości naszych firm rodzinnych. Nie demotywujmy drugiego pokolenia w ich staraniach budowania silnych i ekspansywnych firm!

Nie lekceważyć jednak Piketty’ego

Kapitał w XXI wieku to ważna książka. Co więcej, jest świetnie napisana i stawia tezy, których nie można tak po prostu zbyć milczeniem. Zgadzamy się z jej podstawowym przesłaniem, że świat, w którym dochodowość kapitału finansowego jest wyższa od dochodów z pracy nie może dobrze skończyć. Uważamy jednak, że to przedsiębiorczość, czyli tworzenie, jest priorytetowa, a system redystrybucji nie powinien zagrażać konkurencyjności. Potrzebny jest też umiar i namysł we wdrażaniu remedium oraz konsensus głównych graczy na świecie.

Nie można ignorować problemu podnoszonego przez Piketty’ego, jednak Polska powinna po dłuższej obserwacji i jako jeden z ostatnich krajów Unii Europejskiej przyjmować takie rozwiązania fiskalne. Bo nasze firmy są wciąż za młode, a skala rozpiętości dochodów mierzona wskaźnikiem Giniego jest w europejskiej normie. To nie polscy przedsiębiorcy rodzinni są winni kontrastom Północ-Południe. To nie w  Polsce skupia się majątek świata. Nasze zatroskanie i uczestnictwo w globalnej gospodarce nie powinno oznaczać naśladownictwa. Dołóżmy swój wkład, lecz niech wszyscy wpierw ustalą jednolity i wspólny, a przede wszystkim szczelny instrument. Nie możemy sami karać się za skutki prawie pół wieku totalitaryzmu, które pozbawiły naszych przedsiębiorców i gospodarkę uczestnictwa w rozwoju będącego udziałem firm z Europy Zachodniej.
Podzielamy wiele obserwacji Piketty’ego, jednak dla polskich warunków i wyzwań widzimy inne rozwiązania. Już w 2013 r. Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych wszczęło prace nad inicjatywą ustawodawczą umożliwiającą powoływanie fundacji rodzinnych jako instrumentu wzmacniania trwałości firm rodzinnych. Narzędzie to ma służyć nie tzw. „optymalizacji podatkowej”, ale ochronie majątku przedsiębiorstw rodzinnych przed możliwymi ekscesami konsumpcyjnymi i zdarzającymi się konfliktami wewnątrz firmy lub rodziny.

Uważamy, że z polskiej perspektywy konieczne jest wypracowanie rozwiązania promującego cierpliwy kapitał — tj. taki, który jest nastawiony na długookresowy wzrost. Firmy rodzinne planujące trwanie i rozwój w perspektywie pokoleń wymagają stabilnych rozwiązań, umożliwiających tworzenie wysoko opłacanych miejsc pracy, aby tworzyć dochody pracowników nie poprzez fiskalną redystrybucję, ale przez tworzenie wartości dodanej. Możliwym rozwiązaniem dla polskich warunków mogłoby być przyjęcie systemu mieszanego łączącego umiarkowane opodatkowanie majątku (jak 1 promil proponowany przez Piketty’ego) z opodatkowaniem (być może progresywnym, ale nie dyskryminującym w stosunku do innych podatników) wypłat  członkom rodziny do ich rąk, a przeznaczanych na inne cele niż kwalifikowane wydatki inwestycyjne. Ponieważ podatek dochodowy od biznesu traci na znaczeniu jako narzędzie zasilania budżetu, to może warto go sobie docelowo odpuścić i dopiero w zamian podnosić stawkę podatku od majątku, jednak tak, aby motywowała do przedsiębiorczości, a nie była konfiskatą. Innym rozwiązaniem, proponowanym już od dawna przez Centrum im. Adama Smitha jest rezygnacja z podatku CIT (i kilku innych) oraz wprowadzenie podatku obrotowego. Ten ostatni jest bardzo prosty do wyliczenia zarówno przez firmy jak i przez służby podatkowe, ma też tę dodatkową zaletę dla skarbu Państwa, że niełatwo z nim uciec do rajów podatkowych.

Czy szkolne ocenianie powinno być sprawiedliwe?

Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Na tak postawione pytanie każdy bez wątpienia odpowie TAK. Ta jednak odpowiedź wynika z milczącego założenia, że alternatywą dla „sprawiedliwe” jest „niesprawiedliwe”. Ale czy to jedyna alternatywa? A może lepiej było by pytanie postawić tak: sprawiedliwe, czy skuteczne? Bo przecież szkolne oceny powinny w pierwszym rzędzie służyć skutecznemu nauczaniu. Inspiracji do tej refleksji dostarczyła mi lektura książki Marka Piotrowskiego, „Od TQM do "żandarma", czyli pod prąd”, a w niej właśnie zagadnienie sprawiedliwego oceniania.

Szkoły starają się wywiązywać z tego obowiązku przy pomocy systemu standardów takich jak Wewnątrz Szkolny System Oceniania i Przedmiotowe Systemy Oceniania stosowanych zgodnie z zasadą, że „każda ocena powinna być uzasadniona na podstawie dokumentacji szkolnej”. Mnie jednak rodzi się w tym miejscu podstawowe pytanie czy skala sprawiedliwy-niesprawiedliwy jest w ogóle właściwą skalą pomiaru. Czy nie właściwszą byłaby skala skuteczny-nieskuteczny, gdzie skuteczność oznacza stopnień przygotowania człowieka do życia i pracy w społeczeństwie.

Zastanówmy się bowiem, kiedy powstaje pytanie, czy ocenianie jest sprawiedliwe. Chyba przede wszystkim wtedy, gdy ocena jest podstawą do decyzji — karać czy nagradzać. I rzeczywiście szkolne oceny do tego głównie służą. A skutki tego stanu rzeczy są dobrze znane, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę z ich przyczyn. Uczeń, który pracuje dla stopnia, ściąga i plagiatuje, co zresztą robią też studenci, doktoranci, a nawet naukowcy wszystkich szczebli (patrz Stargetowana nauka).

Natomiast szkoła (sprawiedliwie!) oceniana według wskaźników maturalnych woli słabszych uczniów do matury nie dopuścić, by nie ryzykować obniżenia czy to „wskaźnika zdawalności” (stosunek liczby absolwentów, do liczby dopuszczonych) czy też średniej z ocen. Zresztą zyskują też na tym finansowo, bo uczeń pozostaje w szkole o rok dłużej.

System „sprawiedliwych ocen” — na co również zwraca uwagę Marek Piotrowski — przyczynia się też do społecznie dalece niesprawiedliwej segregacji uczniów na lepszych i gorszych. Bo dlaczego ci mniej zdolni, uczący się wolniej, lub nie mający odpowiedniego zaplecza w domu, mają czuć się gorsi. To rodzi jedynie poczucie krzywdy, bunt i wszelkie szkolne oszustwa.

Pewnym krokiem w dobrym kierunku może być natomiast zmiana przedmiotu oceny. Zamiast oceniać poziom, oceniamy postęp. To stara konfucjańska zasada wyrażająca się maksymą: „nie oczekuj perfekcji, oczekuj postępu”. Lecz i tu zamiast postęp oceniać może lepiej skupić się na jego wspomaganiu. Bo przecież o to w rzeczywistości chodzi.

Osobiście jestem za takim paradygmatem oceniania, który służyłby ustaleniu w czym uczniowi, nauczycielowi lub szkole należy pomóc by lepiej realizowali swoje zadania. No i przede wszystkim — o czym pisze autor wspomnianej książki — trzeba pamiętać, że skuteczność szkoły leży w sposobie nauczania, a nie w systemie ocen.

Pisząc o sposobach nauczania autor przytacza obrazową anegdotę związana z rozmową przeprowadzoną w roku 1900 pomiędzy organizatorem nowoczesnej (100 lat temu!) szkoły a dostawcą ławek. Oto co powiedział ów mądry stolarz po wysłuchaniu koncepcji nowej szkoły: „Obawiam się, że nie mamy tego, czego panu potrzeba. Pan chce ławek, przy których dzieci mogłyby pracować, a te są tylko do słuchania”.

Ławki do słuchania to niezwykle trafna recenzja nadal tak powszechnego paradygmatu szkoły-teatru, gdzie nauczyciel przemawia do klasy ze sceny, a klasa siedzi w „ławkach do słuchania”. Tu nie ma miejsca na refleksję, wątpliwości, samodzielne dochodzenia do prawdy, dyskusję i indywidualną rozmowę ucznia z nauczycielem. Tu wiedzę pcha się w ucznia zapominając, że wiedza jest jak lina — pchać się jej nie da, ją można tylko ciągnąć.

Szczególnej inspiracji dostarcza hasło "ewidencja braków" jako określenie pewnego nurtu w polskiej szkole coraz bardziej oddalającej się od idei „szkoły z klasą”. Ewidencja braków to oczywiście synonim szczególnego myślenia o systemie ocen zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a także szkoły. Ten paradygmat wiąże się ze zjawiskiem określanym w książce jako "neoliberalne uwikłanie edukacji", które prowadzi do podziału społeczeństwa na trzy kategorie istotne z punktu widzenia potrzeb globalnych korporacji (cytuję):

  • gorliwych, nierefleksyjnych i wydajnych producentów; tylko ci absolwenci mają rozumieć zjawiska zachodzące w przyrodzie i społeczeństwie na tyle, aby zoptymalizować produkcję i sprzedaż,
  • namiętnych i nienasyconych konsumentów,
  • ludzi wybrakowanych.

Strona 1 z 5