Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Czy szkolne ocenianie powinno być sprawiedliwe?

Na tak postawione pytanie każdy bez wątpienia odpowie TAK. Ta jednak odpowiedź wynika z milczącego założenia, że alternatywą dla „sprawiedliwe” jest „niesprawiedliwe”. Ale czy to jedyna alternatywa? A może lepiej było by pytanie postawić tak: sprawiedliwe, czy skuteczne? Bo przecież szkolne oceny powinny w pierwszym rzędzie służyć skutecznemu nauczaniu. Inspiracji do tej refleksji dostarczyła mi lektura książki Marka Piotrowskiego, „Od TQM do "żandarma", czyli pod prąd”, a w niej właśnie zagadnienie sprawiedliwego oceniania.

Szkoły starają się wywiązywać z tego obowiązku przy pomocy systemu standardów takich jak Wewnątrz Szkolny System Oceniania i Przedmiotowe Systemy Oceniania stosowanych zgodnie z zasadą, że „każda ocena powinna być uzasadniona na podstawie dokumentacji szkolnej”. Mnie jednak rodzi się w tym miejscu podstawowe pytanie czy skala sprawiedliwy-niesprawiedliwy jest w ogóle właściwą skalą pomiaru. Czy nie właściwszą byłaby skala skuteczny-nieskuteczny, gdzie skuteczność oznacza stopnień przygotowania człowieka do życia i pracy w społeczeństwie.

Zastanówmy się bowiem, kiedy powstaje pytanie, czy ocenianie jest sprawiedliwe. Chyba przede wszystkim wtedy, gdy ocena jest podstawą do decyzji — karać czy nagradzać. I rzeczywiście szkolne oceny do tego głównie służą. A skutki tego stanu rzeczy są dobrze znane, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę z ich przyczyn. Uczeń, który pracuje dla stopnia, ściąga i plagiatuje, co zresztą robią też studenci, doktoranci, a nawet naukowcy wszystkich szczebli (patrz Stargetowana nauka).

Natomiast szkoła (sprawiedliwie!) oceniana według wskaźników maturalnych woli słabszych uczniów do matury nie dopuścić, by nie ryzykować obniżenia czy to „wskaźnika zdawalności” (stosunek liczby absolwentów, do liczby dopuszczonych) czy też średniej z ocen. Zresztą zyskują też na tym finansowo, bo uczeń pozostaje w szkole o rok dłużej.

System „sprawiedliwych ocen” — na co również zwraca uwagę Marek Piotrowski — przyczynia się też do społecznie dalece niesprawiedliwej segregacji uczniów na lepszych i gorszych. Bo dlaczego ci mniej zdolni, uczący się wolniej, lub nie mający odpowiedniego zaplecza w domu, mają czuć się gorsi. To rodzi jedynie poczucie krzywdy, bunt i wszelkie szkolne oszustwa.

Pewnym krokiem w dobrym kierunku może być natomiast zmiana przedmiotu oceny. Zamiast oceniać poziom, oceniamy postęp. To stara konfucjańska zasada wyrażająca się maksymą: „nie oczekuj perfekcji, oczekuj postępu”. Lecz i tu zamiast postęp oceniać może lepiej skupić się na jego wspomaganiu. Bo przecież o to w rzeczywistości chodzi.

Osobiście jestem za takim paradygmatem oceniania, który służyłby ustaleniu w czym uczniowi, nauczycielowi lub szkole należy pomóc by lepiej realizowali swoje zadania. No i przede wszystkim — o czym pisze autor wspomnianej książki — trzeba pamiętać, że skuteczność szkoły leży w sposobie nauczania, a nie w systemie ocen.

Pisząc o sposobach nauczania autor przytacza obrazową anegdotę związana z rozmową przeprowadzoną w roku 1900 pomiędzy organizatorem nowoczesnej (100 lat temu!) szkoły a dostawcą ławek. Oto co powiedział ów mądry stolarz po wysłuchaniu koncepcji nowej szkoły: „Obawiam się, że nie mamy tego, czego panu potrzeba. Pan chce ławek, przy których dzieci mogłyby pracować, a te są tylko do słuchania”.

Ławki do słuchania to niezwykle trafna recenzja nadal tak powszechnego paradygmatu szkoły-teatru, gdzie nauczyciel przemawia do klasy ze sceny, a klasa siedzi w „ławkach do słuchania”. Tu nie ma miejsca na refleksję, wątpliwości, samodzielne dochodzenia do prawdy, dyskusję i indywidualną rozmowę ucznia z nauczycielem. Tu wiedzę pcha się w ucznia zapominając, że wiedza jest jak lina — pchać się jej nie da, ją można tylko ciągnąć.

Szczególnej inspiracji dostarcza hasło "ewidencja braków" jako określenie pewnego nurtu w polskiej szkole coraz bardziej oddalającej się od idei „szkoły z klasą”. Ewidencja braków to oczywiście synonim szczególnego myślenia o systemie ocen zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a także szkoły. Ten paradygmat wiąże się ze zjawiskiem określanym w książce jako "neoliberalne uwikłanie edukacji", które prowadzi do podziału społeczeństwa na trzy kategorie istotne z punktu widzenia potrzeb globalnych korporacji (cytuję):

  • gorliwych, nierefleksyjnych i wydajnych producentów; tylko ci absolwenci mają rozumieć zjawiska zachodzące w przyrodzie i społeczeństwie na tyle, aby zoptymalizować produkcję i sprzedaż,
  • namiętnych i nienasyconych konsumentów,
  • ludzi wybrakowanych.