Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Marek Piotrowski, Od TQM do "żandarma", czyli pod prąd

Książka dra Marka Piotrowskiego stanowi krytyczną analizę stanu polskiej oświaty, która coraz bardziej oddala się od przyjętej w latach 1990. koncepcji szkoły TQM-owskiej.  Badaczom obszaru edukacji oferuje obszerny materiał faktograficzny, w tym i statystyczny, a dla takich czytelników jak ja — sympatyków i po części praktyków dydaktyki odwołującej się do wartości — dostarcza niemałej inspiracji. W moich refleksjach o książce pominę więc część analityczną, która dokumentuję drogę regresu polskiej oświaty, a skupię się na tym co natchnęło mnie nową myślą, czy też wzbogaciło moją dotychczasową wiedzę.

Pierwszej inspiracji dostarcza hasło ewidencja braków jako określenie pewnego nurtu w polskiej szkole coraz bardziej oddalającej się od idei „szkoły z klasą”. Ewidencja braków to oczywiście synonim szczególnego myślenia o systemie ocen zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a także szkoły. Ten paradygmat wiąże się ze zjawiskiem określanym w książce jako neoliberalne uwikłanie edukacji, które prowadzi do podziału społeczeństwa na trzy kategorie istotne z punktu widzenia potrzeb globalnych korporacji (cytuję):

  1. gorliwych, nierefleksyjnych i wydajnych producentów (tylko ci absolwenci mają rozumieć zjawiska zachodzące w przyrodzie i społeczeństwie na tyle, aby zoptymalizować produkcję i sprzedaż),
  2. namiętnych i nienasyconych konsumentów,
  3. ludzi wybrakowanych.

Kolejnym źródłem inspiracji było dla mnie zagadnienie sprawiedliwego oceniania. Szkoły starają się wywiązywać z tego obowiązku przy pomocy systemu standardów takich jak Wewnątrz Szkolny System Oceniania i Przedmiotowe Systemy Oceniania stosowanych zgodnie z zasadą, że „każda ocena powinna być uzasadniona na podstawie dokumentacji szkolnej”. Mnie jednak rodzi się w tym miejscu podstawowe pytanie czy skala sprawiedliwy-niesprawiedliwy jest w ogóle właściwą skalą pomiaru. Czy nie właściwszą byłaby skala skuteczny-nieskuteczny, gdzie skuteczność oznacza stopnień przygotowania człowieka do życia i pracy w społeczeństwie.

Zastanówmy się bowiem, kiedy powstaje pytanie, czy ocenianie jest sprawiedliwe. Chyba przede wszystkim wtedy, gdy ocena jest podstawą do decyzji — karać czy nagradzać. I rzeczywiście szkolne oceny do tego głównie służą. A skutki tego stanu rzeczy są dobrze znane, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę z ich przyczyn. Uczeń, który pracuje dla stopnia, ściąga i plagiatuje, co zresztą robią też studenci, doktoranci, a nawet naukowcy wszystkich szczebli (patrz Stargetowana nauka). Natomiast szkoła (sprawiedliwie!) oceniana według wskaźników maturalnych woli słabszych uczniów do matury nie dopuścić, by nie ryzykować obniżenia czy to „wskaźnika zdawalności” (stosunek liczby absolwentów, do liczby dopuszczonych) czy też średniej z ocen. Zresztą zyskują też na tym finansowo, bo uczeń pozostaje w szkole o rok dłużej.

System „sprawiedliwych ocen” — na co również zwraca uwagę autor — przyczynia się też do społecznie dalece niesprawiedliwej segregacji uczniów na lepszych i gorszych. Bo dlaczego ci mniej zdolni, uczący się wolniej, lub nie mający odpowiedniego zaplecza w domu, mają czuć się gorsi. To rodzi jedynie poczucie krzywdy, bunt i wszelkie szkolne oszustwa.

Pewnym krokiem w dobrym kierunku może być natomiast zmiana przedmiotu oceny. Zamiast oceniać poziom, oceniamy postęp. To stara konfucjańska zasada wyrażająca się maksymą: nie oczekuj perfekcji, oczekuj postępu. Lecz i tu zamiast postęp oceniać może lepiej skupić się na jego wspomaganiu. Bo przecież o to w rzeczywistości chodzi.

Osobiście jestem za takim paradygmatem oceniania, który służyłby ustaleniu w czym uczniowi, nauczycielowi lub szkole należy pomóc by lepiej realizowali swoje zadania. No i przede wszystkim — o czym pisze autor książki — trzeba pamiętać, że skuteczność szkoły leży w sposobie nauczania, a nie w systemie ocen.

Pisząc o sposobach nauczania autor przytacza obrazową anegdotę związana z rozmową przeprowadzoną w roku 1900 pomiędzy organizatorem nowoczesnej (100 lat temu!) szkoły a dostawcą ławek. Oto co powiedział ów mądry stolarz po wysłuchaniu koncepcji nowej szkoły: „Obawiam się, że nie mamy tego, czego panu potrzeba. Pan chce ławek, przy których dzieci mogłyby pracować, a te są tylko do słuchania”. Ławki do słuchania to niezwykle trafna recenzja nadal tak powszechnego paradygmatu szkoły-teatru, gdzie nauczyciel przemawia do klasy ze sceny, a klasa siedzi w „ławkach do słuchania”. Tu nie ma miejsca na refleksję, wątpliwości, samodzielne dochodzenia do prawdy, dyskusję i indywidualną rozmowę ucznia z nauczycielem. Tu wiedzę pcha się w ucznia zapominając, że wiedza jest jak lina — pchać się jej nie da, ją można tylko ciągnąć.

Kto chce sięgnąć po książkę dra Marka Piotrowskiego znajdzie ją w księgarni Matras.



Jacek Santorski, Ludzie przeciwko ludziom — czyli jak żyć we współczesnej Polsce, FS & Co, Warszawa 2011

Pod tym przewrotnym tytułem Jacek Santorski ukrył opowieść o tym, jak żyć z ludźmi i dla ludzi. Opowieść, w której jest narratorem i mentorem, rozmawia z wieloma osobami, wsłuchuje się w ich emocje i pomaga im nie dać się uwieść.

Pierwsza część jest poświęcona oddzielaniu się „od rodziców, rodziny, pierwszych autorytetów”. Ale to „oddzielanie” to tylko pretekst to opowiedzenia, jak stać się samodzielnym, ale nie samotnym, odpowiedzialnym za siebie i innych, ale już od nich niezależnym. Na jednym ze swoich wykładów Jacek powiedział , że aby być sobą, trzeba być kimś. Cytuję ten aforyzm często, bo niezwykle trafnie ujmuje ważną prawdę, że autentyczność i idąca za tym wiarygodność, wymagają otwartości. Temu właśnie jest poświęcony drugi rozdział książki.

Jednakże z otwartością wiąże się problem granicy własnego „ja”, a także strategia dysponowania własną osobą dla dobra wspólnego i osobistego. Dla nas Polaków to też dylemat wyboru pomiędzy patriotyzmem heroicznym, a tym codziennym — pozytywistycznym.

Wiele jest ważnych myśli w tej książce, ale trudno je streścić, bo Jacek buduje wokół nich klimat, który nie poddaje się skrótom. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać. Inaczej nie da się jej poczuć.

Charles Duhigg, Siła nawyku — Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu codziennym i biznesie, PWN 2013

To bardzo ważna książka, gdyż pozwala zrozumieć nie tylko czym są nawyki, ale też jak możemy je kształtować i zmieniać, a także jak się ich pozbywać. Książka jest tak bogato ilustrowana opisami przypadków, że właściwie można ją określić jako zbiór nowel z komentarzami psychologa. Prawdę mówiąc, dla mnie tego tekstu ilustracyjnego jest stanowczo za dużo, jednakże wysłuchałem „Siłę nawyku” dwukrotnie (w wersji audio), a następnie kupiłem i przekartkowałem wersję papierową. I nie żałuję. A więc, jaka jest anatomia nawyku?

Nawyk to zapisany w naszych neuronach wzorzec zachowania, na który składają się trzy sukcesywnie następujące po sobie zdarzenia układające się w tzw. pętlę nawyku:

  • wskazówka (wyzwalacz) — wracam do domu po męczącym dniu pracy,
  • zwyczaj — przebieram się w dres i idę pobiegać,
  • nagroda —  endorfiny uwolnione w czasie wysiłku powodują, że czuję się zrelaksowany i uwolniony od stresu.

W wielu sytuacjach nawyki pozwalają nam podejmować decyzje machinalnie, tj. nie myśląc o tym co robimy, co nie tylko oszczędza energię wydatkowaną na pracę mózgu, ale też pozwala wykonywać daną czynność szybko i bezbłędnie. Bardzo wiele codziennych czynności wykonujemy nawykowo. Na nawykach oparte są też wszystkie sporty, a tzw. trening techniczny służy właśnie kształtowaniu nawyków tenisisty, narciarza, czy pływaka. Jak pisze Charles Duhigg, nawyki wytwarzają neurologiczną żądzę. Ta rządza, to utrwalające nawyk pragnienie nagrody, które pojawia się na widok wskazówki.

Jednakże, nie wszystkie nawyki pomagają nam działać skutecznie. Są też takie, które powstały mimo naszej woli i których chętnie byśmy się pozbyli. Oto kolejny przykład:

  • wskazówka (wyzwalacz) — wracam do domu po męczącym dniu pracy,
  • zwyczaj — robię sobie podwójnego drinka, a następnie jeszcze jednego,
  • nagroda —  alkohol spowoduje, że czuję się zrelaksowany i uwolniony od stresu.

Z tym drugim nawykiem wiele osób ma problem. Chciałoby się go pozbyć, podejmując silne postanowienie, że od jutra przestaną sięgać po drinka. Tyle że „jutro”, jest zawsze jutro, a rzadko kiedy dziś. Pragnienie nagrody zwykle pokonuje nasze dobre intencje.

Rzecz w tym, że aby zmienić nawyk, trzeba uszanować pragnienie zmieniając jedynie zwyczaj, ale tak, aby nie naruszać nagrody. Innymi słowy, pomiędzy dotychczasową wskazówkę i nagrodę trzeba wstawić nowy zwyczaj. Zamiast sięgać po drinka, idziemy pobiegać. Jak twierdzi autor książki, „niemal każde zachowanie może zostać zmienione, jeżeli wskazówka i nagroda pozostaną niezmienione”.

Rzecz wydaje się bardzo prosta, jest jednak pewne „ale”. Często nie zdajemy sobie sprawy ani ze wskazówki, ani z nagrody — znamy jedynie zwyczaj. Wtedy trzeba przeanalizować nasze zachowanie, aby odkryć wskazówkę, a następnie poeksperymentować z kilkoma zwyczajami, aby znaleźć ten, który zapewni nam nagrodę.

Jest też i drugi problem — aby zmienić zwyczaj, musimy uwierzyć, że nowy dostarczy nam tej samej nagrody. Tę wiarę znacznie łatwiej osiągnąć w grupie niż samotnie. Stąd najskuteczniejsze terapie odwykowe, to terapie grupowe.

Jak się okazuje, „rolę wskazówki może pełnić niemalże wszystko, od wyzwalacza wzrokowego, jakim jest widok batonika czy reklama telewizyjna, aż po określone miejsce, porę dnia, emocję, sekwencję pojawiających się po sobie myśli albo towarzystwo konkretnych osób”.

Tworzenie nowego nawyku, albo też zamiana jednego nawyku na drugi, wymaga najczęściej wykorzystania siły woli. W takim przypadku dobrze jest wiedzieć, że nasza wola, podobnie jak nasze mięśnie, podlega zjawisku zmęczenia. Jeżeli więc jesteśmy w trakcie zamiany drinka na jogging po powrocie z pracy, to nie eksploatujmy zbytnio siły naszej woli w ciągu dnia.

Szczególnie ważną rolę odgrywają w naszym życiu tzw. nawyki kluczowe. Są to takie nawyki, których utrwalenie powoduje pojawianie się nowych. Na przykład zauważono, że ludzie, którzy nabierają nawyku ćwiczeń sportowych zaczynają odżywiać się zdrowiej, rzucają palenie i nadużywanie alkoholu. Pojawienie się nawyku kluczowego może być motorem potężnych zmian, zarówno dobrych, jak i złych.

Znamiennym przykładem takich zamian pozytywnych jest historia Paula O’Neilla, który w latach 1987 – 2000 dokonał głębokiej przemiany źle działającej huty aluminium Alcoa w Stanach Zjednoczonych. W ciągu 13 lat jego pracy na stanowisku prezesa zarządu przychód netto Alcoa powiększył się pięciokrotnie, a wartość firmy wzrosła o 27 mld dolarów.

O’Neill rozpoczął swoje działanie od zdefiniowania jednego celu i wprowadzenia jednego nawyku. Na pierwszym spotkaniu z kadrą kierowniczą i inwestorami oświadczył, że jego naczelnym celem będzie uczynienie z Alcoa najbezpieczniejszej huty w USA. Był to cel, któremu nikt — począwszy od kierownictwa, a skończywszy na związkach zawodowych — nie ośmielił się sprzeciwić. Dla jego realizacji O’Neill zarządził, aby o każdym wypadku w fabryce był informowany w ciągu 24 godzin oraz aby informacja zawsze zawierała program naprawczy. Oświadczył też, że kto zlekceważy to polecenie, nie może liczyć na awans. W ten sposób rozpoczęło się  wrażanie w hucie następującego społecznego nawyku:

  • wskazówka — wypadek przy pracy,
  • zwyczaj — raport zawierający plan naprawczy,
  • nagroda —  szansa na awans.

W wyniku utrwalenia tego nawyku pojawiły się następujące zmiany:

  1. pracownicy poczęli analizować przyczyny wypadków, co wymagało analizy procesów produkcyjnych,
  2. w konsekwencji tych analiz usprawniano procesy i procedury,
  3. usprawnione procesy dawały oszczędności czasu, energii i surowca,
  4. pracownicy nabrali nawyku doskonalenia swojej pracy,
  5. zaczęli też porozumiewać się i współpracować w dziele doskonalenia firmy,
  6. udrożniono poziome i pionowe kanały informacyjne.

A w wyniku tych wszystkich zmian podniosła się zyskowność firmy. Tak więc wdrożenie jednego kluczowego nawyku zmieniło całą firmę.

Jak się okazuje, znaczącą rolę w powstawaniu kluczowych nawyków stanowią tzw. „małe zwycięstwa”, które uruchamiają siły do sięgnięcia po kolejne. To one właśnie powodują, że kluczowe nawyki prowadzą do daleko idących zmian. Na przykład (przyp. mój), sukcesy związane z usuwaniem drobnych barier, na które pracownicy napotykają w swojej pracy (patrz Bariery w pracy) powoduje powstanie nawyku stałego tropienia możliwości podnoszenia jakości pracy firmy.

Susan Cain, Ciszej proszę — Siła introwersji w świecie, który nie może przestać gadać, MT Biznes, Warszawa 2012

W USA (i chyba nie tylko tam) żywy jest mit ekstrawertyka. Jest tak żywy, że często wdraża się młodych ludzi do ekstrawertycznych zachowań. Takich zachowań oczekuje się na przykład od amerykańskich menedżerów. Oto jak autorka opisuje swoje wrażenia z wizyty na kampusie Harvard Business School. „Nikt tu nie wałęsa się bez celu, nie przechadza się, ani nawet nie spaceruje. Wszyscy chodzą szybkim dynamicznym krokiem, z wyraźnym impetem prąc do przodu. Panuje rześka, wczesnojesienna aura ? mam wrażenie, że ciała studentów, którzy z taką werwą przemierzają kampus, emanują wręcz pozytywną wrześniową energią. Kiedy ich drogi krzyżuję się, nie wymieniają oni ze sobą jedynie konwencjonalnych pozdrowień, lecz długo i serdecznie witają się, wypytując  znajomych o wrażenia z letniego stażu w J.P.Morgan czy też wyprawy trekkingowej w Himalaje.”

A jednak książka Susan Cain znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa i została wydana w 30 krajach. Introwertycy zostali wreszcie docenieni. Ekstrawertycy są na świecie potrzebni, ale ani mniej, ani więcej niż, introwertycy. Wbrew oczekiwaniom ci ostatni mają też cechy ważne w biznesie, jak na przykład zdolność do odraczania gratyfikacji (nagrody), co przekłada się na mniejszą skłonność do ryzyka. Są też generalnie bardziej kreatywni.

Książkę warto przeczytać, choć — w moim subiektywnym odczuciu — jest nieco za rozwlekła. Autorka przedstawia wiele ważnych tez, te jednak zmieściłyby się pewnie na 100 stronach, podczas gdy książka ma ich blisko 500. Te pozostałe 400 to różne z życia wzięte przykłady i anegdoty. Niektórzy lubią taki styl. Ja mniej. Niemniej ponad połowę książki połowę przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Resztę przekartkowałem.

David Eagleman, Mózg incognito. Wojna domowa w Twojej Głowie, Carta Blanca, Warszawa 2012

Niels Bohr, jeden z największych fizyków atomowych XX wieku, powiedział, że w obliczu wielkich tajemnic fizyki kwantowej strukturę atomu będzie można zrozumieć dopiero, jeśli przedefiniuje się słowo „rozumieć”.

Najpopularniejszy sposób rozumienia, czym jest atom, to wyobrażenie, że stanowi on coś na kształt bardzo małego układu słonecznego, gdzie wokół jądra krążą elektrony. To wyobrażenie, zwane przez fizyków modelem korpuskularnym,  nie jest jednak jedyne. Co prawda wyjaśnia ono niektóre obserwowalne fakty, ale nie wyjaśnia innych. Powstał więc drugi model, zwany falowym, który jednak też nie wyjaśnia wszystkich znanych nam cech materii. Czym jest więc materia: zbiorem cząstek elementarnych, czy też przestrzenią fal? Na tak postawione pytanie odpowiedź brzmiałaby: ani jednym, ani drugim, a przy tym i jednym i drugim. Bo w świecie mikro „rozumieć jak jest” ma inne znaczenie, niż w świecie makro. Oznacza ono jedynie, że potrafimy przewidywać przebieg zjawisk w zależności od aktualnych stanów otoczenia.

Najnowsze badania mózgu człowieka, o których pisze David Eagleman, charakteryzuje ten sam paradygmat. Zaciera się rozróżnienie na biologię i psyche, bo jeszcze do niedawna uznawane za materialnie nieidentyfikowalne cechy osobowości, znajdują odzwierciedlenie, w genotypach, układach neuronów i obecnych w naszym organizmie związkach chemicznych. Nowotwór mózgu może powodować skłonności pedofilskie, a obecność pewnego zestawu genów dziesięciokrotnie zwiększa szanse na zostanie zabójcą i czterdziestokrotnie — na dokonanie napaści o tle seksualnym.

Wiadomo też, że osoby o niższej aktywności peryferyjnych obwodów kory mózgowej (odpowiedzialnych za racjonalizację), działają w sposób impulsywny, tj. taki, że raczej wybiorą nagrodę natychmiastową niż odległą. Na takie osoby najsurowsze kary nie podziałają odstraszająco, one też przyczyniają się do powstawania „baniek spekulacyjnych”, gdzie możliwość natychmiastowego zysku przesłania ryzyko straty w dalszej przyszłości.

Te i podobne fakty każą nam zredefiniować pojęcie winy i kary i to nie tylko na poziome filozoficznym, ale też i prawnym. Skoro popełnienie przestępstwa może być wynikiem odziedziczonej biologii, to czy ma sens mówić o winie w dotychczasowym sensie tego słowa?

Winny, to już nie koniecznie ten, który zasługuje na społeczne potępienie, ale raczej ten, którego należy leczyć, a także przed którym — przynajmniej do czasu wyleczenia — trzeba chronić społeczeństwo. Redefinicji podlega więc i rozumienie kary, która ze środka odstraszającego staje się narzędziem resocjalizacji i barierą uniemożliwiającą ponowne przestępstwo. Już dziś amerykańskie sądy posługują się przy wydawaniu wyroku tzw. tabelami aktuarialnymi, które na podstawie historii życia oskarżonego pozwalają na określenie prawdopodobieństwa recydywy. Osoby o wyższym prawdopodobieństwie otrzymują wyższe wyroki więzienia.

Badania mózgu, podobnie jak kiedyś badania atomu, ponownie odkrywają przed nami nieznany obraz świata i po raz kolejny uświadamiają nam, jak wiele jeszcze nie wiemy.